replique rolex montre breitling

replique montre replique Rolex



Ogłoszenia ukazują się najpierw w wersji papierowej gazety.
Dopiero dwa dni później (od piątku), umieszczamy je na tej stronie.

Masz jakiś pomysł, pytanie, czymś chciałbyć nas zainteresować
Zadzwoń: 062 768-33-33
lub napisz: redakcja@zyciekalisza.pl


Dokąd pójść Artykuły Ogłoszenia Nadaj ogłoszenie Praca Kontakt Lokalizacja Publicystyka wiadomości z regionu
Zawsze aktualne Historia Mecenas radzi Nasze książki
szukaj: Gazeta założona w 1990 roku. Do tej pory ukazało się 1422 wydań.
Numer bieżącego wydania papierowego: 46
niedziela, 19 listopada 2017 r.
imieniny: Elżbiety i Seweryna
Ogłoszenia
Pierwsza strona
Puenta
Puenta
W obiektywie paparazziego
W obiektywie paparazziego
Prenumerata
Recencje czytelników
Byłeś na jakiejś imprezie, ciekawym spotkaniu
Przedstaw swoją recenzję
Video reportaże
vfdsv
Zima

Wprawdzie z wielkim ociąganiem, ale w końcu przyszła do nas zima. Najpierw zupełnie się nie przejęła komunikatami obwieszczającymi, że astronomicznie i kalendarzowo to już właściwie się zaczęła (a tu – myślę przynajmniej o naszej Wielkopolsce – się nie zaczęła), kilka dni później zrobiła psikusa wszystkim, którzy jej królowanie
w czasie świąt Bożego Narodzenia i Sylwestra traktowali jako warunek sine qua non przeżywania tychże,
w nowym roku też jeszcze przez kilka dni gdzieś zamarudziła, ale w końcu jest. Mrozik ściął kałuże, sypnęło cokolwiek śniegiem. Ale, miły panie, co to za zima. Tylko drogowcy, by usprawiedliwić swoje gapiostwo i niedoskonałości logistycznej natury, proklamują niemal co rok „zimy stulecia”, ale tak naprawdę... kiedyś to były zimy

 W tym cyklu nie będziemy się cofać w czasy bardzo odległe, jak choćby do zimy z przełomu 1789 i 1790 roku, kiedy po trzech miesiącach okrutnie niskich temperatur w kaliskich rzekach i stawach zabrakło wody, ryby się podusiły, a mnóstwo ludzi z nędzy i okropnego zimna wymarło. Nie będziemy sięgać do takich przypadków ekstremalnych – popatrzmy, jak wyglądały w Kaliszu typowe zimy z lat 60. Ściślej – jak kaliszanie z uroków tych zim korzystali.
Ano, jeździliśmy sobie na saneczkach. Widoki saneczkowych zaprzęgów, w których w rolę siły pociągowej wcielał się najczęściej tata, czasem starszy brat, ale bywało, że i biedna mama, były na chodnikach kaliskich ulic, że o parkowych alejkach nie wspomnę, częstsze niż dzisiaj. Na obrzeżach miasta, gdzie ten i ów „mieszczanin” dysponował jeszcze rączym rumakiem, tenże dobrodziej podczepiał pod swego gniadego – w ordynku jedne za drugimi – kilka, kilkanaście saneczek i gnało to towarzystwo przez zaśnieżone drogi Zawodzia, Rajskowa, Piwonic, Dobrzeca, Majkowa czy Chmielnika. Z czasem konie owsożerne zaczęły być zastępowane tymi mechanicznymi, ale niewyczulona jeszcze na niebezpieczeństwo, jakie stwarzały takie „kuligi”, drogówka przymykała na radosną, acz lekkomyślną gromadę oczy. Równie wielkiej frajdy dostarczały saneczkowe zjazdy. Bywały dni, że oblężone były wszystkie najmniejsze pochyłości terenu – głównie od strony Prosny i Bernardynki w parku, jeszcze ciekawsze (bo zbocza były nieco większe) były stoki w nowej części parku, zwanym przez większość nieco wcześniej urodzonych kaliszan „borkiem laskiem”. Radosne szczebioty najmłodszych saneczkarzy mąciły wtedy nieco spokój, w którym przecież spoczywać winni pochowani tam czerwonoarmiści. Popularnym miejscem do zjeżdżania była spora (dziś zniwelowana) górka na Nowym Świecie, w miejscu, gdzie do II wojny znajdował się żydowski cmentarz. Szusowało się stamtąd w stronę Skalmierzyckiej, niedaleko zaś konkurencyjną ofertę stanowiło zbocze z ulicy Ułańskiej w stronę późniejszego ODN (dziś skwerek z pomnikiem Konopnickiej). Kalisz ma tę właściwość (niektórzy mówią – przypadłość), że leży w dołku, mieszkańcy dzielnic peryferyjnych nie musieli się więc rozglądać zbyt daleko, by przydatną do zjazdów pochyłość terenu znaleźć. Obywatele z okolic Łódzkiej, Częstochowskiej (w stronę „szwedzkich górek”), Majkowa i Warszówki, Ogrodów czy wreszcie glinianek w południowej części miasta mieli „trasy zjazdowe” (długości czasem „aż” do 100 m i o sporym kącie nachylenia) na wyciągnięcie ręki, a raczej saneczkowego sznurka. A przy niedoborach sprzętowych pod pupy trafiały nierzadko… tornister (tak, tak), kawałki plastiku czy nawet tektury. Czasem pewną niedogodnością okazywała się okoliczność, że kresem takiej „górki” był nie dość jeszcze zamarznięty staw (owa glinianka) czy strumyk. Młodzież piwonickiej szkoły, z braku sali gimnastycznej, zimową porą na WF-ie intensywnie trenowała zjazdy saneczkowe na położonej tuż naprzeciwko górce. – Z jednej strony nie mogłem przecież odmówić dzieciakom frajdy saneczkowych szaleństw – wspomina uczący wówczas tam Ryszard Stasiak – z drugiej jednak często truchlałem, czy czasem jakiś rekordowy ślizg nie zakończy się w płyciutkiej wprawdzie, ale jednak zasobnej w lodowatą przecież wodę Piwonce (zwaną przez miejscowych „smródką”). – Choć – dodaje po chwili pan Ryszard – nawet bez „kąpieli” w Piwonce większość uczniów po pół godzinie takich szaleństw była i tak mokra z emocji i ze zmęczenia. Całe szczęście, że w szkole były wtedy jeszcze piece kaflowe – tam się suszyło odzież i buty, a ponieważ uczniowie byli w swoich, z reguły wiejskich, domach hartowani od najmłodszych lat, nie zdarzyło się, by kiedykolwiek do szkoły przyszedł rodzic z pretensjami, że mu dzieciaka przeziębiliśmy. Z kolei na wspomnianym Majkowie gdzieś w latach 60. ucywilizowano jedną z górek (jako pozostałość po wystawie rolniczej), tworząc tam długą rynnę do zjeżdżania na sankach. No, to już było coś. Ponad trzysta metrów szalonego i – co ważniejsze – bezpiecznego zjazdu (rynna po bokach i na końcu zamknięta była nasypem). I nawet tak bardzo nie przeszkadzało, że po trwającym ledwie 2-3 minuty zjeździe trzeba było ciągnąć saneczki z powrotem na górę na start tego „toru saneczkowego” (tak oficjalnie kazano nazywać ten obiekt) przez minut co najmniej 10. Obiekt istnieje nadal i po latach „kryzysu”, kiedy w połowie górki zaczęły sobie rosnąć drzewa-samosiejki, został nawet oświetlony i nadal może służyć (jeśli tylko „dowiozą” nieco więcej śniegu) młodszym saneczkarzom. Ofertę tras zjazdowych uzupełniały okresowo górki pochodzenia antropogenicznego, powstałe z usypanych przez budowlańców hałd ziemi na budowanych osiedlach (np. wielka dziura w ziemi przy Podmiejskiej).
Sportem zimowym numer dwa jest łyżwiarstwo. I znowu darujemy sobie sceny z czasów „Nocy i dni”, kiedy podczas ślizgów na parkowym „kogutku” Agnisia Niechcicówna przeżyła okrutny zawód miłosny, czy nawet czasów już późniejszych (międzywojennych), kiedy na skutej lodem Prośnie czarował stylem jazdy, ale i ogólną elegancją i strojem mieszkający tuż przy rzece (dziś Villa Calisia) mecenas Jaźwiński. My przecież popatrujemy na życie Kalisza przed pół wiekiem. I w dziedzinie uprawiania łyżwiarstwa zaangażowanie kaliszan (i, rzecz jasna, kaliszanek) było spore. Ale co to były za łyżwy. Początkowo najczęściej przykręcane do zwykłych, noszonych na co dzień butów, w których obcasach instalowano specjalne blaszki umożliwiające przyczepienie tyłu łyżwy. A przód tejże przykręcano „na obłap” specjalnym kluczykiem do buta. Kto miał możliwość poczynienia zakupu w NRD lub Czechosłowacji (wiadomo – tam hokej „musi być”) przywoził „hokejówki” lub „figurówki”. Z czasem taki specjalistyczny sprzęt trafił i do naszych sklepów, jak choćby do mieszczącej się w jednym z rozebranych później domów na Złotym Rogu Składnicy Harcerskiej. A gdzie ślizgali się kaliszanie? Kogutek w parku wypadł z łask, za to doskonałym lodowiskiem była – o ile zamarzła, a lodu nie przysypał zbyt obficie śnieg – pobliska Prosna. Zwłaszcza jej odcinek wzdłuż przystani i przy teatrze (dodatkowym handicapem było tam wygodne zejście na lód po schodkach) zapełniał się mniej lub bardziej wprawnymi łyżwiarzami. Do tych ostatnich należał dżentelmen o nazwisku Woźniakowski, wśród kobiet brylowała ponoć jedna z mieszkanek domku szwajcarskiego. Podobną funkcję naturalnego lodowiska spełniała większość kaliskich stawów, w połowie lat 70. pojawił się jeszcze dodatkowo duży zalew w Szałem. No, ale korzystanie z tego rodzaju lodowisk wiązało się z niebezpieczeństwem pęknięcia pod łyżwiarzem lodu i mroźnej kąpieli. Kilka takich przypadków – na szczęście nie było ich u nas aż tak wiele – zakończyło się niestety bardzo tragicznie. Trzeba więc było zaproponować miłośnikom łyżew bezpieczne, sztucznie wylane (strażackim wężem) lodowisko. Żeby było jasne – o użyciu azotu, sztucznego podmrażania – jednym słowem wszystkiego, czym dzisiaj dysponuje lodowisko na Dobrzecu – nawet nikt wówczas nie marzył. Wylewano więc place i boiska – dość popularnym (bo w centrum i w dodatku cokolwiek podświetlonym) było lodowisku na placu za Domem (dziś Centrum) Kultury, dobrą tradycją wśród strażaków ochotników było zalewanie w mroźne dni osławionego piwonickiego „dołka”, podobne lodowiska pojawiały się też czasem i w innych częściach miasta. – Lód był chropowaty, nierówny, jak pośnieżyło, trzeba było najpierw łopatami choć kawałek lodu sobie podszykować. Ale zabawa była przednia – wspomina swoje łyżwiarskie początki pani Agata Litwicka. Motywacją był fakt, że w jedynym wówczas programie telewizyjnym puszczano czasem transmisje z zawodów w łyżwiarstwie figurowym (Polacy nie mieli wprawdzie w nich jakoś sukcesów, ale zwyciężali za to przedstawiciele bratnich narodów – Niemców z NRD i Rosjan – trzeba to było więc pokazać), obejrzane tam piruety, salchowy, rittbergery, a zwłaszcza „spirale śmierci” działały na wyobraźnię i inspirowały do prób naśladownictwa. W przypadku tej ostatniej ewolucji wdrożenie zamiaru w czyn kończyło się nierzadko dla partnerki bolesnym spotkaniem jej głowy z lodem. Ponadto chłopaczyska konsekwentnie uprawiali dyscyplinę, która jakoś nie może wciąż otrzymać statusu olimpijskiej – zjazd na łyżwach. Trzeba było znaleźć stok, na którym zamiast samego śniegu znalazło się trochę lodu. Pędziło się wtedy w dół, a kiedy jeszcze na trasie przejazdu znalazła się mała górka, można było dodatkowo wykonać kilkumetrowy nawet czasem skok. Ja pamiętam taką stromą ślizgawkę na „cholerynce” (dziś stok nieco zniwelowano i stoi tam blok), podobne trasy pojawiały się przecież także i w innych częściach miasta. Zjazd na łyżwach to była wersja ekstremalna, w wariancie „soft” i młodsi, i starsi zjeżdżali po prostu na butach.
No i pozostało nam narciarstwo. Prawdę powiedziawszy nie mamy tu zbyt dużych tradycji. W latach 60. zakup nart był sporym wyzwaniem (symboliczna podaż, za to więcej niż symboliczna cena), a nawet jeśli się to jakoś udało (lub ktoś zachował przedwojenny jeszcze sprzęt po przodkach), ich użycie w kaliskich, jakby nie było, nizinnych warunkach (w wersji zjazdowej, wersja biegowa do dziś się jakoś u nas nie przyjęła), zakrawałoby chyba na dziwactwo. Nieliczni pasjonaci wybierali się czasem w dolinę Swędrni do Nędzerzewa. Kilkanaście lat później, co warto przypomnieć, na stoku przed Cmentarzem Komunalnym przy Poznańskiej pojawił się wyciąg „wyrwirączka”, ale i stok nie jest przecież zbyt okazały, a i „dostawy śniegu” przez kilka kolejnych zim były mizerne. Inwestor prawdopodobnie uznał swój pomysł za lekko chybiony, a wyciąg zdemontowano.
Większość tych obrazków odmalowałem, używając formy gramatycznej czasu przeszłego, choć przecież górki, stawy i alejki w parkach i w lasach istnieją nadal. Tylko duch w (nie tylko) kaliskim narodzie jakby nieco mniej ochoczy. Coraz częściej zamiast aktywnej rekreacji wybieramy wariant sportu zimowego w postaci gry komputerowej, a potrzeby ruchowe organizmu (a bardziej nawet własnego sumienia) ci, których na to stać, zaspokajają tygodniowym wypadem do Zakopanego, Zieleńca, Czarnej Góry czy na Słowację (choć są i tacy co „poniżej” Alp nie schodzą). Dobrze, że jako taki ruch mamy na wspomnianym lodowisku na Dobrzecu, ale przecież czekają też i inne naturalne saneczkowo-narciarskie trasy i stoki. Zima dopiero się zaczęła.

« powrót    Drukowanie bieżącej strony
Ankieta
Czy w ciągu ostatnich pięciu lat odrobaczałeś/aś się?
Nie
82%
Tak
18%
zobacz poprzednie ankiety
Najczęściej czytane
Bieżące
Archiwalne
Fotografia historyczna
Stary KaliszKalisz w czasie wojen
Galeria czytelników

ocena: 9.00

ocena: 7.60
Życie Kalisza, ul. Spółdzielcza 6, 62-800 Kalisz | tel. (0 62) 768-33-33 | e-mail: redakcja@zyciekalisza.pl
Made & hosted: tel-wd.com