replique rolex montre breitling

replique montre replique Rolex



Ogłoszenia ukazują się najpierw w wersji papierowej gazety.
Dopiero dwa dni później (od piątku), umieszczamy je na tej stronie.

Masz jakiś pomysł, pytanie, czymś chciałbyć nas zainteresować
Zadzwoń: 062 768-33-33
lub napisz: redakcja@zyciekalisza.pl


Dokąd pójść Artykuły Ogłoszenia Nadaj ogłoszenie Praca Kontakt Lokalizacja Publicystyka wiadomości z regionu
Zawsze aktualne Historia Mecenas radzi Nasze książki
szukaj: Gazeta założona w 1990 roku. Do tej pory ukazało się 1422 wydań.
Numer bieżącego wydania papierowego: 46
niedziela, 19 listopada 2017 r.
imieniny: Elżbiety i Seweryna
Ogłoszenia
Pierwsza strona
Puenta
Puenta
W obiektywie paparazziego
W obiektywie paparazziego
Prenumerata
Recencje czytelników
Byłeś na jakiejś imprezie, ciekawym spotkaniu
Przedstaw swoją recenzję
Video reportaże
vfdsv
Niech się święci
Niech się święci

Obchody pierwszomajowego święta za nami. I nic nie poradzimy na to, że dziś nie budzą one już takich emocji jak półwieku temu, a rozmach głównego punktu tychże obchodów – pochód – już zdecydowanie nie ten. Mimo że przecież ludu pracującego miast i wsi, który to lud winien być beneficjentem święta, chyba nie ubyło. Co zatem jest grane? Pracujemy na tyle licho, że nie jesteśmy godni świętować poprzez dziarskie wymachiwanie flagami
i chorągiewkami, uśmiechać się promiennie do tych, którym przywilej i możliwość pracowania zawdzięczamy czy wnosić entuzjastyczne i, rzecz jasna, spontaniczne okrzyki?

Piotr Sobolewski

 Żarty na bok. Bezinteresownej spontaniczności w maszerowaniu wraz z kolektywem nie było za wiele i pół wieku temu, i obecnie. Udział w pochodach w czasach PRL wynikał najczęściej z odgórnego prikazu, dzisiaj natomiast, kiedy organizatorzy pochodów – czasem kilku równocześnie w tej samej miejscowości – reprezentują różne, czasem dość odległe od siebie ideologie, bywa często wyrazem politycznej deklaracji. Zgodnie z ideą tej rubryki przypatrzmy się kaliskim pochodom pierwszomajowym sprzed półwieku, analizę współczesnego świętowania 1 maja zostawmy innym.
Chociaż, jak się rzekło, dobrowolny wybór uczestnictwa w pochodzie bądź odpuszczenia sobie tej atrakcji był dla większości pracowników i uczniów cokolwiek ograniczony, a w wielu przypadkach nieznalezienie się na liście obecności mogło skończyć się sporymi przykrościami, to – powiedzmy szczerze – spora większość obywateli aż tak bardzo nad tą presją nie ubolewała. Zapewne wielu z nas dzisiaj z miną niedocenionego i nieujawnionego do dziś wroga komuny opowiada dzieciom i wnukom, jak to bohatersko uchylał się od pójścia na pochód, ale tak naprawdę… Dobrze, zostawmy dzielnych opozycjonistów (choć, żeby było jasne, chylimy głowy przed postawą tych, którzy rzeczywiście swoją postawą w tym dniu wyrażali swój stosunek do ówczesnego ustroju) i przyjrzyjmy się tym, którzy w majowy poranek maszerowali. I w większości raczej wolni od rozterki, czy aby w ten sposób nie kolaborują z socjalistyczną władzą.

Od kiedy świętowano? Pierwsza manifestacja z okazji Święta Pracy odbyła się w Kaliszu w 1900 r., kiedy to 28 robotników fabryki fortepianów Arnolda Fibigera zorganizowało pochód robotniczy połączony ze strajkiem i wiecem w lesie Winiarskim. Pięć lat później wiecujący robotnicy dotarli na „szwedzkie góry”, czyli na teren wówczas zasypanego i ukrytego przed światem grodu na Zawodziu. Rosjanie prewencyjnie wysłali tam swoje wojsko, które miało niepokorne towarzystwo rozpędzić. Kozacy (część konno) otoczyli wiecujących, zaczęli strzelać dla postrachu w górę, niestety jedną z kul wystrzelono zbyt nisko, poszła w stronę pobliskiego drewnianego kościółka pw. św. Wojciecha. A ponieważ w 1905 r. Święta Wielkanocne wypadły pod sam koniec kwietnia, związane z świętem Emaus msze odpustowe odprawiano przez oktawę do początków maja. I właśnie wtedy, kiedy carska policja pacyfikowała demonstrację, w kościółku trwało nabożeństwo. Uczestnicząca w nim siedemnastoletnia Józia Hadrysiówna, służąca z pobliskiego majątku, miała strasznego pecha – owa zabłąkana kozacka kula przebiła sosnowe deski świątyni i trafiła modlącą się dziewczynę. Wzburzony tłum ruszył za winowajcą. Ten, wraz z kompanem, kryje się na strychu jednej z chałup. Ale mają pecha, padają ofiarą własnej pedanterii i… wojskowej dyscypliny. Wyglancowane rano na błysk dziegciem buty wydzielają intensywny zapach. Myszkujący w pobliżu mają dobry węch… Dwóch członków oddziału interwencyjnego nie odmeldowuje już się na kończącej akcję zbiórce. Ale wróćmy do pochodów sprzed pół wieku.

Kto szedł?
Co tu dużo mówić – szło pół Kalisza. Przytaczanie ówczesnych, sporządzonych przez partyjne komórki statystyk raczej mija się z sensem – wiadomo, jak na potrzeby propagandy były one zawyżane (halo, czy dzisiaj nie spotykamy się także z tym zjawiskiem?). Ale nawet jak oficjalne liczby uczestników kaliskiego pochodu (wśród tych, do których dotarliśmy, rekord wynosi 23 tysiące) podzielimy – dla uwiarygodnienia – na pół, to i tak otrzymamy ponad dziesięciotysięczną grupę, której to liczebności mogą pozazdrościć organizatorzy współczesnych manifestacji w naszym mieście. Pochód zwykle otwierały „najwyższe czynniki” partyjne i samorządowe – zapewne dlatego, że to one się najwięcej napracowały. Część tych czynników po dojściu do Rynku (pardon – placu Bohaterów Stalingradu) uzupełniała szybko skład osobowy wybrańców na trybunie honorowej i wespół z nimi pozdrawiała kolejno defilujące przed nimi (ach, jakże umacniało to ich poczucie osobistej wartości –„przede mną tak defilują”) grupy. A tworzyły je przede wszystkim załogi zakładów pracy. Z przodu – przodownicy (pracy). Czasem nawet – zapewne dla niższych i stojących w tylnych szeregach widzów – z własnymi, dzierżonymi na drzewcach portretami albo (autentyk) z opaskami, na których wypisano rekordowe procenty wyrobionych norm produkcyjnych). Ach, no i – rzecz jasna – szanowna dyrekcja danej firmy. Jak przodownik stada wiodący swoje owieczki (termin zapożyczony ze zgoła innej sfery) ku świetlanej przyszłości. Za nimi cała reszta. Krokiem może już nie tak dostojnym, czasem przystając, czasem nawet, jak wymagała tego sytuacja, podbiegając kawałeczek, ale z radosnym uśmiechem, który na wysokości trybuny honorowej nie śmiał nawet z oblicza zniknąć. Czasami, zwłaszcza jak zapowiadała się kiepska pogoda, a były takie lata, gdy pochody odbywały się w… zimowej scenerii, w trosce o młode pokolenia przodem puszczano szkoły. Każdą ekipę i jej osiągnięcia zapowiadał spiker. Kolejność przemarszu nie była, rzecz jasna, przypadkowa. Wśród szkół wyróżniano te o najwyższych wynikach w corocznych badaniach wyników nauczania, wśród fabryk – najczęściej te o najlepszych osiągnięciach produkcyjnych. Manifestowali też sportowcy (widać, mimo oficjalnego nieuznawania zawodowstwa w sporcie uznawano, że sportowiec to też człowiek pracy) – bądź przy swoich zakładach-opiekunach (choćby „Prośniacy” przy WSK), bądź jako wplecione w różnych miejscach korowodu samoistne grupy.

Którędy maszerowano? Żeby przemaszerować, trzeba się było najpierw zebrać. Najbardziej popularnym miejscem zbiórki był plac o zobowiązującej przecież nazwie – 1 Maja. Można rzec, że tam formowały się trzony pochodów. Tym bardziej że za placem, w dzielnicy Piskorzewie, ulokowano wiele kaliskich zakładów przemysłowych, w tym prawie wszystkie włókiennicze (Haft, Bielarnia, Pluszownia, Polo). Ale tak jak wartkie strumienie zasilają rzekę-matkę, tak po drodze podłączały się kolejne grupy, które zbierały się albo na Babince (np. Winiary koło swego sklepu firmowego), przy Rogatce (pełen radosnego oczekiwania uczniowski gwar słuchaczy wielu śródmiejskich szkół), przy teatrze (tam dominowało WSK i Kalimet) i w kilku jeszcze innych miejscach. W czasie zbiórek osoby odpowiedzialne wydawały z ciężarówek sztandary, transparenty, hasła i inne elementy zdobnicze, które po zakończeniu pochodu trzeba było sumiennie zwrócić. Nie wiadomo, czy działy księgowości notowały w wyniku takich operacji większe manka. Zgranie tego wszystkiego w zgrabną całość było sporym wyzwaniem logistycznym – ale od czego byli partyjni stratedzy i socjalistyczna dyscyplina? Nie można było bazować na rutynie i schematach – główna trybuna była zawsze ulokowana na placu Bohaterów Stalingradu, ale pochody przemierzały jego północno-zachodnią pierzeję najczęściej od Śródmiejskiej w stronę Świerczewskiego (Zamkowej), ale bywało, że przyjmowano kierunek odwrotny. Wtedy miejscem zbiórek był plac Kilińskiego. Tak czy inaczej – udawało się to wszystko opanować, punktualnie o 10.00 rześko wyły syreny i pochód ruszał.

Jak rywalizowano w zakresie scenograficznych efektów?
Możliwość pokazania się społeczności miasta (no i rzecz jasna „najwyższym czynnikom”) mobilizowała załogi do efektownej prezentacji swoich produktów. Kilka, kilkanaście osób z każdego zakładu zwalniano kilka dni wcześniej z innych obowiązków – ich zadaniem było przygotowanie godnej oprawy dla swoich. W szkołach ta kreatywna funkcja przypadała paniom (i panom) od plastyki i zpt. Potem tylko zatwierdzenia pomysłów tam gdzie trzeba (nie na darmo tamten ustrój posługiwał się hasłem demokratycznego… centralizmu, którego istoty chyba do końca jakoś nie rozumiano nawet w „komitetach”) i można było się szykować. I tak pochód zamieniał się w prawdziwy show. Już samo liternictwo związane z nazwą fabryki (szkoły) stanowiło pole do popisu. A dalej było jeszcze ciekawiej. Najczęściej motywem przewodnim był produkt danej firmy. Zakłady włókiennicze prezentowały (na powabnych ciałach swoich najbardziej krasiwych załogantek) najpiękniejsze swoje trykoty, garnitury, koszulki, tiule itp. WSK na ciężarówce wiozło silnik samolotowy, Kalimet czy Orkan koła zębate i Treblinki ułożone w misterne kompozycje. Nie pamiętam tylko, czy załodze „Winiar” towarzyszył olbrzymi słoik majonezu. Pole do popisu dawało maszerowanie ze sportowcami. Kolarze (a także uczniowie SP 15 realizujący Kaliska Próbę Kolarską) jechali na rowerach, piłkarze żonglowali piłkami, bokserzy machali rączętami odzianymi w bokserskie rękawice. Największy zachwyt budziły popisujące się na platformach ciężarówek grupy gimnastyczne (z Włókniarza, a potem z liceów – „Asnyka” i „Kopernika”). Piramidy, salta, siady rozkroczne, wymyki – do koloru, do wyboru. – Mieszkałam w pobliżu mostu Kamiennego, balkon mieszkającej na drugim piętrze sąsiadki był dla nas, dzieciaków z całej kamienicy, najbardziej pożądanym w tym dniu miejscem na świecie – wspomina pani Lidia Kaczorowska. Zresztą Złoty Róg – a ściślej taras przed klubem Ikar (Belweder)  – to było drugie, obok rynku, newralgiczne miejsce pochodu, najczęściej odpowiednio przystrojone i wyposażone w kluczowe, sytuacyjne hasło (np. Naszym krajem – Polska, naszą przyszłością – socjalizm). Ale w zasadzie całe miasto przystrojone było wówczas trzepoczącymi na wietrze flagami, biało-czerwonymi i czerwonymi, oraz wlewającymi otuchę w serca hasłami. Z rozstawionych wzdłuż trasy głośników dziarsko rżnęły orkiestry (w wersji life można je było oglądać i słuchać na czele pochodu i przy głównej trybunie). Pierwszy maja święciło się na całego

A po pochodzie?
– To była też ważna część obchodów. Na placu Kilińskiego stały ciężarówki – opowiada pani Olga Far – w których można było kupić parówkę z bułką, czasem nieosiągalne przez pozostałą część roku cytrusy. Wraz z przejściem ostatniego z manifestantów ruszała też sprzedaż piwa. Na pozostałe mocniejsze trunki w tym dniu obowiązywała prohibicja. W końcu zmęczeni ale szczęśliwi z racji dobrze spełnionego klasowego obowiązku, kaliszanie mogli się udać do domów, gdzie czasami w gronie znajomych kontynuowali – bywało, że według scenariuszy zgoła odmiennych od oficjalnych – świętowanie.
 

« powrót    Drukowanie bieżącej strony
Ankieta
Czy w ciągu ostatnich pięciu lat odrobaczałeś/aś się?
Nie
82%
Tak
18%
zobacz poprzednie ankiety
Najczęściej czytane
Bieżące
Archiwalne
Fotografia historyczna
Stary KaliszKalisz w czasie wojen
Galeria czytelników

ocena: 9.00

ocena: 7.60
Życie Kalisza, ul. Spółdzielcza 6, 62-800 Kalisz | tel. (0 62) 768-33-33 | e-mail: redakcja@zyciekalisza.pl
Made & hosted: tel-wd.com