replique rolex montre breitling

replique montre replique Rolex



Ogłoszenia ukazują się najpierw w wersji papierowej gazety.
Dopiero dwa dni później (od piątku), umieszczamy je na tej stronie.

Masz jakiś pomysł, pytanie, czymś chciałbyć nas zainteresować
Zadzwoń: 062 768-33-33
lub napisz: redakcja@zyciekalisza.pl


Dokąd pójść Artykuły Ogłoszenia Nadaj ogłoszenie Praca Kontakt Lokalizacja Publicystyka wiadomości z regionu
Zawsze aktualne Historia Mecenas radzi Nasze książki
szukaj: Gazeta założona w 1990 roku. Do tej pory ukazało się 1422 wydań.
Numer bieżącego wydania papierowego: 46
niedziela, 19 listopada 2017 r.
imieniny: Elżbiety i Seweryna
Ogłoszenia
Pierwsza strona
Puenta
Puenta
W obiektywie paparazziego
W obiektywie paparazziego
Prenumerata
Recencje czytelników
Byłeś na jakiejś imprezie, ciekawym spotkaniu
Przedstaw swoją recenzję
Video reportaże
vfdsv
Wyścig Pokoju w Kaliszu
Wyścig Pokoju w Kaliszu

I znowu wybył nam kolega maj – chciałoby się sparafrazować słowa znanego onegdaj szlagieru. W rzeczy samej – kończy się miesiąc uznawany niezmiennie za najpiękniejszy, kojarzony z nasileniem pozytywnych uczuć, z tym najgłębszym i najpiękniejszym włącznie. A dodatkowo – miesiąc kwitnących kasztanów, miesiąc matur, miesiąc pochodów, a w grodzie nad Prosną jeszcze miesiąc z kolejnymi edycjami Spotkań Teatralnych, które to dwa ostatnie tematy wspominaliśmy już w naszym cyklu. A dzisiaj o jeszcze innym majowym wspomnieniu sprzed niemal pół wieku, obecnie już nieco wyblakłym...

Oto bowiem w maju ruszał wtedy kolarski Wyścig Pokoju. Impreza z jedynie wówczas słuszną ideologią w tle, organizowana – jak to formalnie ogłaszano – przez trzy, rzecz jasna bratnie, organy prasowe wiodących partii: w Polsce – „Trybunę Ludu”, w Czechosłowacji – „Rude (czyli czerwone – przyp. aut.) Prawo”, a w N.R.D – „Neues Deutschland”. I tylko spora odległość sprawiła pewno, że w tak zacnym gronie nie znalazła się sowiecka „Prawda”, a jednym z miast etapowych, obok Warszawy, Pragi i Berlina, nie była też Moskwa. Choć – zdaje się – nieco później i to kardynalne niedopatrzenie próbowano naprawić i jeden z wyścigów (1985 r.) zawitał pod Kreml (że nie wspomnimy o tym, jak to rok później – mimo wybuchu w Czarnobylu – kolarze ścigali się również po Ukrainie). Artykuł nie ma być jednakowoż kroniką tej imprezy i sukcesów w niej Polaków (a było ich sporo), skupimy się raczej na mniej oficjalnych okolicznościach jej rozgrywania no i – rzecz jasna – na kaliskim wątku tej „wielogonki mira” (tak nazwa wyścigu wybrzmiewała po rosyjsku).
Pierwsze skojarzenie to puste ulice miast w porze zakończenia etapów. To była naprawdę niezwykle popularna impreza, a kiedy dodatkowo tryumfy w niej zaczęli święcić polscy kolarze (zwłaszcza Szurkowski i Szozda w pierwszej połowie lat 70.), nie było siły, żeby kogoś odciągnąć sprzed telewizora. A wcześniej, nim kolarze pojawiali się w „bramie stadionów” (tak zwykle awizował końcówkę etapu komentator – wyścigi wówczas rzeczywiście najczęściej kończyły się na stadionach), cała Polska nasłuchiwała, jak tam idzie naszym na trasie. Co pół godziny w radioodbiornikach rozlegał się charakterystyczny sygnał-melodyjka i reporter informował chłonny wieści ludek o sytuacji na trasie. Najczęściej tenże reporter (długo charakterystycznym i „przypisanym” do tych zawodów redaktorów był Bogdan Tuszyński) przekazywał meldunek z towarzyszącego kolarzom motocykla, później już z bardziej komfortowego samochodu, a czasem – by zaspokoić ciekawość kibiców – wznosił się w powietrze (słynne: „łączymy się z helikopterem”). Choć kiedyś, w chwili szczerości, jeden ze sprawozdawców opowiedział, jak to pora kolejnego meldunku na żywo „złapała go” sączącego pienisty napój w gospodzie (maj był wtedy upalny, a czeskie piwo – wiadomo). Co było robić – reporter zaczął swoją „wielką improwizację”, opowiadając z podnieceniem (piwo pewno zrobiło swoje) mniej więcej w ten deseń: „widzę tę wspaniałą, różnokolorową kawalkadę kolarzy, wśród nich migają mi białoczerwone koszulki Polaków, ktoś wodą z bidonu polewa sobie głowę, jakże pięknie wyglądają, wbijając się klinem w zielone pola, stają na pedałach podczas podjazdów...” itd. itp. itd. Stres wywołany niepewnością, czy aby akurat w tym czasie nie doszło akurat do jakieś wielkiej kraksy czy ucieczki, niwelowany był nowym kuflem „prazdroja” i… jakoś wszystko grało.
Druga rzecz to liczne anegdoty związane z rywalizacją. Niby nie podawane oficjalnie przez tychże reporterów, ale mocno krążące w „drugim obiegu”. A to jak Królak Ruskiemu w stadionowym tunelu przyłożył pompką, a to o „niezdrowej” rywalizacji dwóch naszych największych gwiazd, a to o lapsusach językowych złotoustych reporterów („Szurkowski cudownym dzieckiem dwóch pedałów”; „proszę państwa, cały czas pada od piętnastu minut...”), a to o tym, jak cała szóstka (tyle liczyły drużyny) którejś egzotycznej ekipy, i tak zajmująca zwykle miejsca w ogonie, „zaparkowała” rowery przed mijaną gospodą i udała się sprawdzić osobiście i dogłębnie ofertę tejże.
No i polskie podwórka. Redakcje drukowały listy startowe, młodsza młodzież męska (a pewno czasem nie tylko męska) kompletowała odpowiednio wcześniej kapsle (po swoich oranżadach i tatusiowych piwach), „ubierała je” w papierowe kółka w barwach danej reprezentacji, dodawała tam numery (a było co zbierać – w Wyścigu Pokoju rywalizowała czasem blisko dwusetka cyklistów) i zaczynała się rywalizacja pstrykanych kapselków.
– Krawężniki, murki, wymalowane w „trasy” piaszczyste i asfaltowe powierzchnie wyobrażały drogi i bezdroża, po których ścigali się prawdziwi kolarze i w ten sposób podwórkowe wyścigi pokoju wypełniały dzieciakom czas – tłumaczy pan Sławomir Szymański i zastanawia się, czy dzisiejsza dzieciarnia umiałaby zorganizować sobie taką zabawę?
Wróćmy jednak do „prawdziwego” wyścigu, a konkretnie do etapu, którego metę zorganizowano w naszym mieście. Był to rok 1975 – XXVIII edycja wyścigu, a meta X etapu z Głogowa do Kalisza znajdowała się na stadionie Calisii przy Łódzkiej. W skład komitetu organizacyjnego kaliskiej części weszli najważniejsi miejscowi natable. Wydano Odezwę (!) do społeczeństwa miasta, w której zaapelowano o zachowanie ostrożności i szacunku w związku z zaszczytem…, przygotowano bogaty program imprez towarzyszących. Na trasie przejazdu przez miasto, czyli na Rogatce i na tarasie „belwederu” (Złoty Róg), dziarsko przygrywały dęte orkiestry zakładowe, a w oczekiwaniu na przyjazd kolarzy wypełniony po brzegi stadion mógł oglądać ceremonię zakończenia Małego Wyścigu Pokoju (dla adeptów sztuki) i – dla odmiany – otwarcia Spartakiady Młodzieży (z atrakcyjnymi pląsami równie atrakcyjnych kaliskich licealistek), mecz piłki nożnej Kalisz – Cottbus, pokaz akrobacji samolotowych i spadochronowych. Atrakcji bez liku – ponad trzy godziny oczekiwania minęły jak z bicza trzasnął i wreszcie przez tłumy przechodzi podniecony szmer: „już jadą”. Peleton przyprowadza, jakżeby inaczej, wtedy nie było na niego silnego, Szurkowski. Ale – czy nasz mistrz jechał za szybko, czy pan porządkowy w z wielkiego wzruszenia nie był wstanie wykonać właściwego ruchu wskazującego ramieniem lewym – dość, że rozpędzony Szurkowski nie skręcił w porę z ulicy w bramę stadionu i w ten sposób stracił szansę na zwycięstwo etapowe. Wykorzystał to, odnosząc zwycięstwo etapowe radziecki kolarz Walerij Lichaczow, co pewno – choć nikt nie śmiał dać tego po sobie poznać – troszeczkę zmąciło radosny nastrój tego popołudnia. Drugi był Włoch Giuseppe Martinelli, trzeci Stanisław Szozda. Kaliskie wyrzuty sumienia stonował na szczęście fakt, że Szurkowski i tak wygrał wówczas cały wyścig.
Ciekawe wspomnienia z tego dnia ma pan Zbigniew Hofman, wówczas uczeń III LO. Był on – jak większość kawalerów tej szkoły – przydzielony do „opieki” nad wylosowanym kolarzem i jego sprzętem, już po minięciu mety. – Trafił mi się zawodnik rumuński. By łatwiej nawiązać nić porozumienia, wcześniej podszkoliłem się z języka rumuńskiego i nauczyłem się kilku zwrotów. Wśród nich – do dziś pamiętam – było coś w rodzaju „Vrei să se spele?” i „Vrei o bere?”, co miało oznaczać „czy chce pan iść pod natrysk”, „czy napije się pan piwa”. I w ogóle nie przeszkadzało mi, że wówczas ani natrysku, ani tym bardziej piwa nie byłem mu w stanie zagwarantować. Stresowałem się za to okrutnie, czy w peletonowym tłumie odnajdę mojego Rumuna i na czas troskliwie okryję go przygotowanym kocem, podam coś do picia (ale nie piwo), wręczę jakiś proporczyk i odprowadzę na miejsce zbiórki (niestety, nie na podium – widać mój zawodnik nie był championem). Ale udało się wszystko nieźle, a satysfakcji dodatkowo dostarczył nam fakt, że ów majowy dzień, jak i kilka go poprzedzających (trzeba było „próbować”) były czasem wolnym od nauki.
I tak się zakończyło to „majowe święto” A.D. 1975. Gwoli ścisłości należałoby uzupełnić, że Kalisz był też kilkakrotnie – począwszy już od okresu międzywojennego – etapowym miastem kolarskiego Wyścigu Dookoła Polski. W latach, których dotyczy nasz cykl, ta impreza była jednak zdominowana i „stłamszona” przez Wyścig Pokoju, prestiż zyskała dopiero pod koniec ubiegłego wieku i obecnie to ten wyścig (a nie Wyścig Pokoju, który zresztą w 2006 r. zakończył swój żywot) jest najważniejszą imprezą kolarską w Polsce. Może i o niej nazbiera się za kilka lat garść wspomnień?

« powrót    Drukowanie bieżącej strony
Ankieta
Czy w ciągu ostatnich pięciu lat odrobaczałeś/aś się?
Nie
82%
Tak
18%
zobacz poprzednie ankiety
Najczęściej czytane
Bieżące
Archiwalne
Fotografia historyczna
Stary KaliszKalisz w czasie wojen
Galeria czytelników

ocena: 9.00

ocena: 7.60
Życie Kalisza, ul. Spółdzielcza 6, 62-800 Kalisz | tel. (0 62) 768-33-33 | e-mail: redakcja@zyciekalisza.pl
Made & hosted: tel-wd.com