:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?
Historia, kierowcą generała Maczka - zdjęcie, fotografia
Portal zyciekalisza.pl 31/01/2019 00:00

Wspomnienia Kazimierza Piotrowskiego, kaliszanina, kierowcy gen. Stanisława Maczka, dowódcy I Dywizji Pancernej

Kampania wrześniowa, Oświęcim, eksperymenty pseudomedyczne, ucieczka z obozu w Buchenwaldzie, wreszcie służba u gen. Maczka. Wojenne losy kaliszanina – Kazimierza Piotrowskiego mogłyby posłużyć za scenariusz niejednego filmu

Gdy wybuchła II wojna światowa Kazimierz Piotrowski służył w kampanii cekaemów w pułku płka Laliczyńskiego w Bukówce, 14 km od Kielc. Kiedy po pierwszych starciach z hitlerowcami pułk był w rozsypce, wraz z innymi rozbitkami autobusem uciekł do Lwowa. Tam zaczęła się jego wojenna kariera kierowcy. – Zostałem szoferem majora Wiktora Stawińskiego. Świetny oficer, przystojny, elegancki, traktował mnie bardzo uprzejmie – ciepło wspomina po latach swego majora pan Kazimierz. Mimo zapału służba nie trwała zbyt długo. Pamiętnego 17 września 1939 major kazał zawieźć się pod Lwów... Na miejscu przebrał się w cywilne ubranie, swemu kierowcy zaś przykazał: – Ratuj się, bo będziesz jeszcze Ojczyźnie potrzebny! Nie daj się  schwytać. Ostatnie słowa majora ciążyły na Kaziu przez wszystkie lata wojny.
 
Do trzech razy
sztuka
Wrócił do rodzinnych Chęcin, gdzie począł wieść ryzykowny żywot okupacyjnego handlarza. Otworzył najbardziej intratny, a zarazem niebezpieczny wówczas interes – lokal z wódką. Szybko poznał prawa, jakimi rządzi się okupacyjne życie. Najważniejsze było wroga... zaskoczyć, co przy odpowiednim refleksie, pomysłowości, odwadze, a przede wszystkim zimnej krwi przynosiło doskonałe rezultaty. Dzięki wrodzonym talentom – sprytowi i inteligencji perfekcyjnie opanował reguły gry.      
Z pierwszej łapanki uciekł wskakując do przejeżdżającego tramwaju. O mało nie zgniótł go jadący z przeciwka drugi tramwaj. – Czułem tylko jak przejeżdżające wagony pukają mi po plecach – wspomina. Kiedyś idącego z walizami pełnymi alkoholu zatrzymał go żandarm. Zaprowadził na posterunek. – Za pięć minut wrócę – szepnął po niemiecku do swego kolegi, powierzając mu schwytanego. Kaziu zrozumiał komunikat i chwilę po wyjściu żandarma... dał nogę. Zanim zaskoczony posterunkowy odbezpieczył broń i ruszył w pościg, uciekinier już siedział w fotelu w pobliskim salonie fryzjerskim. – Kazałem się ostrzyc i gładko na mokro uczesać – mocno kręcona czupryna była doskonałym znakiem rozpoznawczym – opowiada. Wymodelowany, wzorem przedwojennych elegantów zdjął płaszcz i przerzucił go przez rękę. Z pozornym spokojem wyszedł na ulicę i tyle go widzieli. Innym razem, gdy jechał z towarem, pod Krakowem natknął się na niemiecki patrol. – Zatrzymywali wszystkie jadące samochody. Kiedy nadeszła moja kolej, zabezpieczając uprzednio wszystkie zamki u drzwi, zwolniłem. Podeszli, aby mnie skontrolować, a ja wtedy szybko w pedał i gaz do dechy! Na drodze został kurz i otwarte z zaskoczenia gęby żandarmów. Przy najbliższym zakręcie zjechałem w leśną drogę i zadekowałem się do nocy. Po rekonesansie u kierowców wozów osobowych, wróciłem szczęśliwie do Chęcin. Do trzech razy sztuka. Przystopowałem.

Powód aresztowania – polityczny!
Życie w miasteczku toczyło się jak na beczce prochu – Niemcy, partyzanci AK i mieszkańcy – akcje, wyroki, łapanki, aresztowania, dyskryminacja. Niezaprzeczalne talenty i doskonale rozwinięty instynkt samozachowawczy pan Kazimierz postanowił wykorzystać  w konspiracji. – Nawiązałem kontakt z adiutantem „Bora” Komorowskiego, który miał pseudo Cietrzew. Przyjeżdżał na zwiady do Chęcin, a ja udzielałem mu wszelkich informacji – wspomina. Wszystko szło jak po maśle. Do czasu. Moment nieuwagi – wpadli. Wytropił ich niemiecki szpieg i podał na gestapo. Wraz z innymi chłopakami z konspiracji  pan Kazimierz trafił do więzienia w Kielcach – tam przesłuchania, dochodzenia, bicie. Powód aresztowania – polityczny! – Nocami w celi robiono łapanki... Po ciemku wyciągali więźniów na zewnątrz – mnie też raz złapali, ale ponieważ byłem silny, wyrwałem się jakoś i zostałem w środku. Wyłapanych nieszczęśliwców wyprowadzano na zewnątrz i rozłupywano. Słyszeliśmy tylko strzały. Po jakimś czasie wszystkich wyprowadzili na hol. Mieli już pocięte druty. Powiązali nam ręce, zaprowadzili na stację kolejową, wsadzili w bydlęce wagony i wywieźli do Oświęcimia.

U nas w Auschwitz
Było to na początku października 1943. Na oświęcimskiej rampie na powitanie hitlerjugend bili karabinami po głowach. Walili gdzie popadło, który upadł – strzelali. – Uderzyli mnie w tył głowy, nad uchem. Zachwiałem się, ale nie przewróciłem... jakoś mi przeszło – wspomina z ulgą. Potem tatuowanie numerów, kwaterunek w barakach. – Bity, głodzony, wściekły, pracowałem – pisze po latach pan Kazimierz. Kiedy jego cierpliwość i siły witalne były już na wykończeniu, nadarzyła się okazja – transport do innego obozu pracy Buchenwald - Koeln w Niemczech. Ważył 38 kg, więc ciągle go odrzucali. – Co mnie odepchnęli, to leciałem na koniec ogonka i stawałem z powrotem w kolejce. W pewnym momencie byłem już ostatni, a według listy brakowało jeszcze jednego. Esesman doszedł do mnie, wziął za ramiona i silnie okręcił – sprawdzał czy się nie przewrócę. Byłem bardzo słaby. Utrzymałem się jedynie siłą woli – wspomina senior. Rozbawiony hitlerowiec zaśmiał się i pchnął go do pozostałych.

Byłem królikiem
doświadczalnym
 23 października 1943 r. był już w Buchenwaldzie. Budowali tor kolejowy, wiodący z Weimaru do Buchenwaldu. – Wszy jadły nas żywcem. Kiedy nadeszły mrozy wywieszałem pasiak na kiju za róg drzwi, rano strzepywałem zmarznięte pasożyty i dopiero się ubierałem – opowiada pan Piotrowski.  Życie więźnia politycznego w obozie płynęło własnym rytmem – w dzień praca, w nocy wyciąganie więźniów i rozstrzeliwanie. Kolegów z transportu wciąż ubywało, a Kazik był młody i wciąż stosunkowo zdrowy. – Posłużyłem im za królika doświadczalnego. Przeprowadzano na mnie eksperymenty pseudomedyczne z tyfusem plamistym – wyznaje.  Po pierwszym zastrzyku nie odczuwałem zmian, straciłem tylko apetyt. Po paru dniach dostałem silnej gorączki, zacząłem majaczyć i tracić przytomność. Na ciele pojawiły się pierwsze plamki. Nie wiem jak długo ten stan się utrzymywał. Gdy zacząłem wracać do zdrowia, odprowadzono mnie na blok. Opadłem z sił. Wychudłem. Podczas chodzenia puchły mi nogi, a przy najmniejszym wysiłku bardzo się męczyłem – czytamy w raporcie przebiegu doświadczeń. Przeżył dzięki trosce współwięźniów, którzy organizowali dla niego dodatkowe porcje żywności.

Pistolet i w nogi!
W styczniu 1944 kaliszanina przewieziono do obozu Buchenwald SS-brygada budowlana III Kolonia Deutz. Stamtąd trafił do Kolonii nad Renem. W zbombardowanym mieście więźniowie naprawiali dachy. Tam wydobrzał całkowicie. Dawali stosunkowo dobrze jeść, a co najważniejsze – otrzymywał od żony paczki z odzieżą i żywnością. W czasie kolejnego nalotu bomba uderzyła w plac obozowy. – Niemcy zgonili nas do bunkrów. Skorzystałem z okazji, nie miałem nic do stracenia. Przebrałem się w rzeczy od żony – spodnie od dresu, szary sweter i schowałem się pod pryczą. Esesman wpadł do baraku, nie zauważył mnie i poleciał do bunkra. Wtedy, wykorzystując zamieszanie, przez wartownię wyszedłem z obozu. Przechodząc, na ścianie zauważyłem pistolet z kaburą – rąbnąłem go i w nogi! – wspomina senior. Uciekł nad Ren i na jednej ze stacji wsiadł do małej budki pociągu z napisem Holand. Zabezpieczył drzwi. Tym razem jednak nie miał szczęścia... został przyuważony. – Przyleciał Szwab z bronią: – Otwieraj, bo i tak zastrzelę cię jak psa – wrzeszczał. Nie miałem wyboru. Drzwi otwierały się w taki sposób, że byłem zasłonięty. Widząc, że nie ma ratunku odbezpieczyłem pistolet, który zabrałem z wartowni. Sprawdziłem czy jest załadowany. W jednym momencie otworzyłem zasuwę. Wystrzeliłem. Padł. Zabrałem mu pistolet. Wyskoczyłem z budki. Całą noc biegłem przed siebie. Uciekałem jak oszalały. Dokąd – tego nie wiedziałem. Jak najdalej od miejsca, gdzie popełniłem pierwsze zabójstwo.

Żywego
mnie nie dostaną!
25 czerwca 1944 po ataku lotniczym Kazimierz Piotrowski został zameldowany jako zaginiony w obozie – głosił wypis przysłany przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż. Tymczasem uwolniony więzień zagalopował aż do Holandii. Następnie przedostał się do Belgii, a stamtąd do Francji. Maszerował dzień i noc. Granice przekraczał zawsze nocą, bo wtedy najbardziej morzy sen. We Francji doszedł do Rouen. – Jak ścigany zwierz drzemałem na siedząco z pistoletem gotowym do strzału, piłem wodę z kałuż, jadłem byle co. Dobrzy ludzie pomagali, ale nigdzie nie mogłem być długo, bo przysiągłem sobie, że żywego mnie nie dostaną! – wspomina.

Strzelaj tak,
aby nie trafić
Pewnego dnia w lesie przyuważył śpiącego pod drzewem niemieckiego żołnierza z założonym na łokieć karabinem. Powolutku ściągnął mu z ręki maszynówkę. – Aufstehen! Wstawaj! – krzyknął. Rozespany Niemiec zerwał się na równe nogi, chwytając za broń, której już nie miał. Okazało się, że był to Polak z Katowic. Jego brat zginął w Oświęcimiu, a on nie miał wyjścia – podpisał volkslistę i wzięli go do Wermachtu. – Pomyślałem sobie: biedak. Zapytałem czy ma coś do jedzenia, picia lub palenia. Nie miał. – Zastrzeliłeś kogoś? – pytam dalej, cały czas trzymając go na muszce.  – Ani jednego – powiada. To ja mu na to: – Twój brat zginął w Oświęcimiu, a ty z konieczności podpisałeś volkslistę. Nikogo nie zabiłeś. Nie zastrzelę cię, daruję ci życie, a ty postępuj tak dalej – strzelaj tak, aby nikogo nie trafić – wspomina weteran.

Ty na pewno
wrócisz...
Szedł dalej. Wioski i miasteczka starał się omijać ze względu na ryzyko napotkania żandarmów. Kiedy przechodził przez Villers, zauważyło go dwóch niemieckich oficerów: – Halt! Halt! W pobliżu stał kościół, w którym trwało niedzielne nabożeństwo. – Wskoczyłem do środka i stanąłem między ludźmi w bocznej nawie, zdecydowany, że jak wejdą, to zacznę do nich kropić – relacjonuje senior. Ksiądz z ambony zauważył, co się święci. Nakazał wiernym zmienić stronę w śpiewnikach i nieprzerwanie śpiewać dalej. – Szkopy nie weszli do środka. Stanęli w drzwiach i głośno rozmawiali, a oni śpiewali i śpiewali... to była bardzo długa modlitwa. Na tyle długa, że Niemcom się znudziło i sobie poszli. Po mszy wyszedłem ukryty mieędzy wysokimi Francuzami, na wypadek zasadzki. Szczęśliwie wszystko dobrze się skończyło. 
Pod Villers pan Kazimierz spotkał emigranta z Czechosłowacji – Johna Galickiego, który prowadził tam gospodarstwo. Opowiedział mu całą swą historię – że się ukrywa, że jest głodny, o obozie, o ucieczce, wszystko. Czechosłowak ugościł go, nakarmił i przenocował. – Tam przyśnił mi się teść. Blady jak ściana. – Ja już nie żyję – mówił, a ty na pewno wrócisz. Zaopiekuj się żoną i dziećmi – wspomina. Galicki miał znajomych w departamencie. Radził pisać do żony. Zapewniał, że dojdzie. – Jestem we Francji, Basiuńciu, wolny jak ptak polny – pisał uciekinier... – Pytałem o ojca. List Basia otrzymała. Później dowiedziałem się, że teścia Niemcy rozstrzelali 6 czerwca 1944.
W czerwcu ruszyła ofensywa. – Wiedziałem, ze lada moment wylądują tu Polacy! Krążyłem czujnie w okolicach Paryża w oczekiwaniu na generała Maczka...

W czerwcu 1944 r., gdy ruszyła ofensywa, zmęczony ucieczką pan Kazimierz czujnie krążył wokół Paryża w oczekiwaniu na oddziały I Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka. – Czatowałem, węszyłem, gdzie formują się nowe jednostki i los uśmiechnął się do mnie... – przyznaje z radością weteran. Pozbawiony dokumentów sprytny i inteligentny kaliszanin zatrzymał jeden z wozów spośród jadącej kolumny wojska. – Mam tajną misję do generała Maczka. Zawieźcie mnie do niego – powiedział odważnie. Zaskoczeni i zdezorientowani żołnierze zabrali go ze sobą. Przez całą drogę nie przestawali w natrętnych podpytaniach, chcąc wyciągnąć od niego jakieś informacje, ale spryciarz konsekwentnie upierał się, że misja jest tajna. Kiedy dotarli do sztabu, pan Kazimierz stanął twarzą w twarz z generałem. Zameldował się przepisowo i opowiedział o wszystkich swoich wojennych przeżyciach – o obozie, eksperymentach, ucieczce i o współpracy z łącznikiem Bora-Komorowskiego oraz o kampanii wrześniowej i szoferce u majora Stawińskiego. Poszło gładko. Generał wysłuchał historii i lapidarnie rozkazał: „Dać jeść, ostrzyc, wykąpać, ubrać po wojskowemu, przesłuchać i przywieźć z powrotem”.

„Chcecie walczyć?” – zapytał Maczek, spoglądając na nowicjusza. „Tak jest, panie generale” – odparł kapral Piotrowski. „Będziecie w ochronie sztabu. Jesteście kierowcą... Możecie stanąć do egzaminu?” – zapytał. „Tak jest” – przytaknął po raz kolejny pan Kazimierz. Egzamin zdawał na fordzie amerykańskim. – Poszedł mi pięknie! Pojechaliśmy szosą na polne drogi. Cofanie, zakręcanie itd. – egzaminujący tylko wydawał polecenia: „W prawo, w lewo, naprzód, w tył...”. Po powrocie zameldował komisji: „To stary wyga, wspaniały kierowca!”. Dzięki świetnej opinii pan Kazimierz został sztabowym szoferem. Woził pułkowników i generała na inspekcje, kiedy było trzeba obsługiwał karabiny i wykonywał szereg różnych zadań. Jeździł fordem, hilmanem i doggie, a czasami wozem pancernym. Pewnego dnia pułkownik Franciszek Tomczak zameldował: „Pojedziemy po kogoś bardzo ważnego, później się dowiesz o kogo chodzi”... Ku ogromnemu zaskoczeniu tajemniczym pasażerem okazał się... Tadeusz Bor-Komorowski. – Komandosi wykradli go z więzienia. Kiedy go prowadzili do naszego auta, był w jesionce, kapeluszu i butach oficerskich. Miałem zakaz rozmawiania z nim podczas jazdy, choć bardzo chciałem. Pułkownik wyjaśnił mi, że dopiero co wyswobodzili go z więzienia i jeszcze będzie okazja pogadać. Tymczasem szybko wysłali go do Anglii i nie zamieniłem z nim słowa do dziś – nie może odżałować senior. Pułkownik Tomczak, człowiek wybitnie wykształcony, władający sześcioma językami, był zachwycony jazdą i osobowością kaprala Piotrowskiego. Szybko uczynił go swym osobistym kierowcą. Kiedy pan Kazimierz nie miał kursu z pułkownikiem, do jego obowiązków należało pełnienie służby wartowniczej przy głównym wejściu do namiotu gen. Maczka. – To był wspaniały generał! Bardzo serdecznie traktował swoich żołnierzy. Obchodził wszystkie warty wokół swojej „rezydencji” i częstował hawajskimi cygarami – wspomina kaliszanin. Ze względu na szczególną troskę i zrozumienie, jakimi Maczek otaczał swoich podwładnych, żołnierze nazywali go Bacą. 

Podczas obowiązkowego szkolenia na wozy gąsienicowe krnąbrny nieco szofer pułkownika, zaaferowany swą posadą opuszczał zajęcia. Niestety, w wojsku jednak nie ma równych i równiejszych – wszystkich obowiązuje jeden regulamin. Wagarowicz musial przystąpić do egzaminu. Polegał on na tym, że trzeba było podjechać pod wysoką górę, na szczycie której stał major-egzaminator. Zdający jechali w kolumnie, wiec trudno było podjechać, utrzymując tę samą prędkość. – Niespodziewanie w połowie drogi zatrzymałem się, wszyscy za mną też. Wyszedłem dla picu, niby coś się dzieje, obszedłem wóz dookoła. Kiedy zrobiła się odpowiednia luka pomiędzy mną a jadącym z przodu, wsiadłem i w gaz. Dużo wozów pospadało, a ja  podjechałem prosto pod majora. On założył ręce i mówi: „Ty to jesteś cwaniak”. Widział, że się zatrzymałem i prawidłowo mnie rozszyfrował. Dostałem wtedy prawo jazdy na wszystkie wozy pancerne – przyznaje z dumą kaliszanin.
1 sierpnia 1944 r. I Dywizja Pancerna gen. Maczka, wchodząca w skład II Korpusu Kanadyjskiego wylądowała w Normandii w pobliżu Caen, gdzie niebawem stoczyła zwycięską bitwę pod Falaise. Nie zaprzestając walk z Wehrmachtem polska dywizja podążała w kierunku Belgii i Holandii. Wyzwoliła m.in. Ypres, Gandawe i Passchendale.  – Gnaliśmy za Niemcami bez przerwy, a oni co jakiś czas robili na nas zasadzki. Generał Maczek był na to pies... Kazał ich okrążać i... rąbać! Niemcy nie wiedzieli gdzie uciekać i jak się ratować. W mowie do żołnierzy generał rozkazywał walić wroga ojczyzny bez litości i pardonu –za okupowany kraj i płonącą Warszawę, a każdy żołnierz dodawał jeszcze własną intencję – wspomina pan Kazimierz. Dzięki genialnej taktyce gen. Maczka, który zaskoczył hitlerowców i zaatakował Bredę od drugiej strony, miasto nie uległo zniszczeniu. Holendrzy prześcigali się w serdecznościach. Polska dywizja otrzymała honorowe obywatelstwo miasta i całego kraju. W oswobodzeniu miasta zginęło wielu  polskich żołnierzy. Szczęście nie dopisało również panu Kazimierzowi, który został ranny.  Generał Maczek w testamencie zażyczył sobie, że po śmierci ma być pochowany z kolegami w Bredzie. Choć zmarł w Edynburgu w Szkocji – w wieku 102 lat – jego woli stało się zadość.

Po obronie Bredy pan Kazimierz poważnie zachorował. Odezwały się pobyt w obozach w Oświęcimiu i Buchenwaldzie oraz eksperymenty pseudomedyczne. Przewieziono go do szpitala w Belgii, gdzie lekarz zawyrokował wrzody na żołądku. Kaliszanin nie zgodził się na operację i na własne życzenie wypisał się ze szpitala. Po pobycie w domu wypoczynkowym w Belgii, jesienią 1944 r. pojechał na urlop do Anglii – do Londynu i do Szkocji. Tam wrzody dokuczyły po raz kolejny. Znalazł się w klinice im. Paderewskiego w Edynburgu. Leczenie trwało dłużej niż przewidywano. Kaliszaninowi zaproponowano przedłużenie urlopu o dwa tygodnie, a tym samym przepisanie do III lub IV dywizji. – Nie wyraziłem zgody! Zrezygnowałem z pobytu w szpitalu i wróciłem do generała Maczka – mówi pan Kazimierz.

Podczas pobytu w Szkocji pan Piotrowski nawiązał kontakt z rodziną w Polsce. – Gdy wróciłem z urlopu, zacząłem przemyśliwać sprowadzenie do Holandii żony i synków. Poszedłem do gen. Maczka i poprosiłem, czy mógłbym użyć wywiadu do załatwienia sprawy prywatnej. Zgodził się bez słowa. To był serdeczny, bezpośredni i wyrozumiały człowiek, kochany przez swoich żołnierzy. Zawsze troszczył się o nas   – wzrusza się senior. Kiedy wywiad dotarł do Chęcin,  żony pana Kazimierza niestety już tam nie było – kilka miesięcy wcześniej wyjechała i nikt nie wiedział dokąd...

Tymczasem gen. Maczek rozstawił swą dywizję wzdłuż rzeki Arnhem. Hitlerowcy – przekonani, że alianci chcą ich okrążyć – zaczęli uciekać. Ostatnim, docelowym punktem działań wojennych I Dywizji było zdobycie niemieckiego portu Wilhelmshaven. Operacja okazała się prosta. Niemcy nie stawiali już tak zaciętego oporu. 8 maja 1945 r. podpisano akt kapitulacji. Władze brytyjskie – wiedząc, że na terenie Rzeszy znajduje się wiele tysięcy Polaków – przekazały wyzwolone przez gen. Maczka miasto Haven uwolnionym jeńcom. Wysiedlono stamtąd wszystkich niemieckich mieszkańców, a nazwę zmieniono na... Maczków. W okolicach Haven oswobodzono również obóz kobiecy – Langen, którego więźniarkami były kobiety z Powstania Warszawskiego. Komendant obozu w randze pułkownika obcinał im piersi. – Kiedy wywiad się o tym dowiedział, trzech funkcjonariuszy i ja jako kierowca pojechaliśmy po tego zwyrodnialca. Siedział w wykopanej ziemiance. Ujęliśmy go na spaniu z bronią w ręku – pod poduszką miał rewolwer. Wywieźliśmy go pod las. Kazaliśmy mu uciekać... kiedy zaczął biec, otworzyliśmy ogień... Zabraliśmy mu wszystkie dokumenty i zdarliśmy szlify. Powiadomiliśmy sołtysa z rozkazem pochowania i bezwzględnego milczenia. Jeśli będzie mówił, czeka go to samo. Po akcji szef wywiadu powiedział do mnie: „Język trzeba mieć krótki, bo to wszystko prochem pachnie”. A ja na to: „Tak jest”... i to było wszystko.

Po pewnym czasie pan Kazimierz dostał list od żony Barbary. „Kochany Kaziu, jeśli chcesz mnie żywą zobaczyć, wracaj natychmiast do kraju” – pisała chora małżonka. W sztabie zrozumiano jego sytuację, został urlopowany. Wrócił do Polski. Chorą Basię zawiózł do profesora Kliniki Jagiellońskiej. Uratował ją. Wyzdrowiała. W wytęsknionej Polsce zaczęły się kłopoty – pytania i przesłuchania w Urzędzie Bezpieczeństwa. „Po coście wrócili, Piotrowski?”. Nie dawali mu żyć. Szybko znalazł się na liście aresztowanych. Zdesperowany napisał list do Mieczysława Moczara, szefa łódzkiego UB, a później ministra spraw wewnętrznych. – Opisałem swoje dzieje na trzy i pół strony. Prosiłem, żeby mnie ratował, a jeżeli zajdzie taka potrzeba, wydał paszport mnie, żonie i dzieciom, i z bólem serca opuszczę kraj... List wysłałem osobiście na poczcie w alei w Kaliszu. Nie napisałem adresu zwrotnego, umieściłem go w środku – wspomina weteran. List szczęśliwie doszedł. Moczar okazał się wyjątkowo uprzejmy... – Odpisał w ciągu kilku dni, że mogę spokojnie mieszkać w Polsce i nikt się do mnie nie zgłosi. Obietnicy dotrzymał.
– Wyobcowany z wielkiej rodziny  w socjalistycznej Polsce, sercem i wspomnieniami wracam do tamtych dni, kiedy to pod wodzą gen. Maczka nieśliśmy Polsce wolność! – kończy swe wspomnienia weteran. Po wojnie Kazimierz Piotrowski z rodziną zamieszkał w Kaliszu, gdzie pracował jako... taksówkarz.

Stanisław Maczek urodził się w 1892 r. pod Lwowem. Ukończył Wydział Filozofii i Filologii Polskiej na Uniwersytecie Lwowskim. Podczas I wojny światowej został wcielony do armii austriackiej. W 1918 r. wstąpił do tworzącego się Wojska Polskiego. W 1918 brał udział w wojnie polsko-ukraińskiej, a w latach 1919-1920 – w polsko-bolszewickiej. W 1938 r. objął dowództwo 10. Brygady Kawalerii Zmotoryzowanej. Rok później brał udział w kampanii wrześniowej. Po agresji Związku Radzieckiego wraz z całą jednostką przekroczył granice Węgier. Przedostał się do Francji. Tam został dowódcą ośrodka wojskowego w Coetquidan.
Po agresji niemieckiej w czerwcu 1940 r. gen. Maczek na czele odtworzonej 10. Brygady Kawalerii Zmotoryzowanej wyruszył na front w Szampanii. Na skutek niewykonalnego rozkazu dowództwa o zajęciu Montbard i mostów na Kanale Burgundzkim resztki jego brygady zostały odcięte. Generał wydał rozkaz o zniszczeniu sprzętu i przebił się wraz z pół tysiącem swych żołnierzy do Marsylii. Stamtąd w przebraniu Araba przez Tunis, Maroko, Portugalię i Gibraltar dotarł do Szkocji. W październiku 1940 r. Maczek otrzymał w Londynie order Virtuti Militari za męstwo w walkach we Francji oraz przydział na stanowisku dowódcy 2. Brygady Strzelców, do tego czasu dowodzonej przez gen. Rudolfa Dreszera. Brygadę Strzelców przekształcono z powrotem w 10. Brygadę Kawalerii Pancernej, a w lutym 1942 r. w 1. Dywizję Pancerną.
1 sierpnia 1944 r. I Dywizja wchodząca w skład 2. Korpusu Kanadyjskiego wylądowała w Normandii w pobliżu Caen. Tam gen. Maczek dowodził swą dywizją w zwycięskiej bitwie pod Falaise. W ciągłych walkach z Wehrmachtem prowadził dywizję w kierunku Belgii i Holandii. Wyzwolili m.in. Ypres, Gandawę i Passchendale. Dzięki znakomitemu manewrowi oskrzydlającemu, po ciężkich walkach Maczkowi udało się wyzwolić Bredę bez strat wśród ludności cywilnej. 6 maja 1945 r. dywizja dotarła do bazy Kriegsmarine w Wilhelmshaven, gdzie generał przyjął kapitulację dowództwa twierdzy i bazy. 1 czerwca 1945 r. został awansowany do stopnia generała dywizji.
Po wojnie Stanisław Maczek pozostał na emigracji w Edynburgu w Wielkiej Brytanii. Pozbawiony obywatelstwa polskiego i świadczeń przysługujących żołnierzom alianckim, rozpoczął pracę jako barman w jednym z edynburskich hoteli. Na wniosek ponad 40 tys. mieszkańców Bredy generałowi przyznano honorowe obywatelstwo Holandii. 11 listopada 1990 r. został awansowany do stopnia generała broni. Zmarł 11 grudnia 1994 r. w Edynburgu, w wieku 102 lat. Pochowany został na cmentarzu żołnierzy polskich w Bredzie.

Bitwa pod Falaise.
Jedna z największych, a zarazem najbardziej krwawych  potyczek I Dywizji dowodzonej przez gen. Stanisława Maczka. Do krwawego starcia doszło tuż po lądowaniu dywizji w Normandii 1 sierpnia 1944 r. Znaczenie strategiczne tego zwycięstwa było ogromne. Po dziesięciu dniach niezwykle ciężkich walk Polacy odcieęli Niemcom drogę ucieczki na Wschód. Militarnie bitwa pod Falaise była klęską. Straty dywizji wyniosły 325 zabitych, 1002 rannych i 114 zaginionych. Stracono 140 czołgów, w tym 80 bezpowrotnie. Niemieckie szkody w sprzęcie były o połowę mniejsze, jednak należy pamiętać, że wróg dysponował o wiele lepszym uzbrojeniem. Za zręczne prowadzenie starcia pod Falaise gen. Maczek otrzymał gratulacje od marszałka Montgomery`ego.

Reklama

Był kierowcą generała Maczka komentarze opinie

Dodajesz jako: |
Reklama

Ogłoszenia PREMIUM

Sprzedaż - Wynajem - Serwis

Zapewniamy profesjonalną obsługę serwisową i dostawę części zamiennych do wózków widłowych TOYOTA - BT Nasza oferta obejmuje przeglądy i naprawy..


Mieszkanie 2 pokojowe przy ul.

Mieszkanie 2 pokojowe 38 m2 po remoncie wynajmę dla osób niepalących. 1200zł+media+ czynsz


Reklama
 Reklama

25 maja 2018 roku weszło w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nakłada na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych w plikach cookies

Oświadczam, iż zapoznałem sie z Polityką prywatności i zgadzam się na zapisywanie i przechowywanie w mojej przeglądarce internetowej tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie zaszyfrowanych w nich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania z innych stron internetowych, serwisów oraz parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych, w tym na profilowanie i w celach analitycznych przez zyciekalisza.pl, oraz ZAUFANYCH PARTNERÓW.

Administratorzy danych / Podmioty którym powierzenie przetwarzania powierzono

Idea Contact sp. z o.o. z siedzibą w Kalisz 62-800, Spółdzielcza 6

Cele przetwarzania danych

1.marketing, w tym profilowanie i cele analityczne
2.świadczenie usług drogą elektroniczną
3.dopasowanie treści stron internetowych do preferencji i zainteresowań
4.wykrywanie botów i nadużyć w usługach
5.pomiary statystyczne i udoskonalenie usług (cele analityczne)


Podstawy prawne przetwarzania danych


1.marketing, w tym profilowanie oraz cele analityczne – zgoda
2.świadczenie usług drogą elektroniczną - niezbędność danych do świadczenia usługi
3.pozostałe cele - uzasadniony interes administratora danych


Odbiorcy danych

Podmioty przetwarzające dane na zlecenie administratora danych, w tym podmioty ZAUFANI PARTNERZY, agencje marketingowe oraz podmioty uprawnione do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa.

Prawa osoby, której dane dotyczą

Prawo żądania sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania danych; prawo wycofania zgody na przetwarzanie danych osobowych. Inne prawa osoby, której dane dotyczą.

Informacje dodatkowe

Więcej o zasadach przetwarzania danych w "Polityce prywatności"