:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?
PILNE
NGO, Czuwaj wiaro! - zdjęcie, fotografia
Portal zyciekalisza.pl 31/01/2019 00:00

Wspomnienia Lucyny Kwiatkowskiej, kaliszanki, uczestniczki Powstania Warszawskiego

Kwaterę Żbika, bitwę o szyny i codzienne bolączki najmłodszych uczestników powstania warszawskiego wspomina kaliszanka Lucyna Kwiatkowska, harcerka z batalionu Żbik 

W sierpniu 1939 r. jedenastoletnia Lucynka kończy swoje ostatnie wakacje. Zamiast wrócić do rodzinnego Kalisza, tego roku wyjątkowo ciocia zabiera ją do Warszawy. Wrzesień 1939 r. zastaje ją w stolicy. Walki trwają, dziewczynka nie ma kontaktu z przebywającą w Kaliszu rodziną. Zniecierpliwiona czeka na zapowiedzianą paczkę od ojca.  Razem z ciotką idą po oczekiwaną przesyłkę na Dworzec Gdański. Zanim dotarły na miejsce... dworca już nie było. Po zakończeniu kampanii wrześniowej dziewczynka wraca do rodzinnego Kalisza. Tu zastaje ją przykra niespodzianka. Dowiaduje się, że hitlerowcy aresztowali jej ojca – Karola Piotrowskiego, znanego kaliskiego ginekologa. – Nie wiedziałyśmy z mamą, co robić. Na szczęście jeden z naszych znajomych podpowiedział, żeby napisać podanie o uwolnienie. Z tym pismem w ręku chodziłyśmy  z mamą po pacjentkach ojca – Niemkach, aby wystawiły dobrą opinię o nim jako o człowieku i lekarzu. Poskutkowało. Po paru tygodniach lekarz został zwolniony z więzienia i wyjechał do Tomaszowa Mazowieckiego, gdzie otrzymał pracę.17 grudnia 1939 r. w 12. urodziny Lucynki, na wieść o tym, że rodzinie grozi wysiedlenie, dziewczynka z mamą wyjeżdżają do ciotki do Warszawy.  Tu od razu zaczyna naukę na tajnych kompletach. Uczy się pilnie, i choć ma dopiero 13 lat,  marzy jej się... konspiracja. – Razem z koleżanką Irenką koniecznie chciałyśmy coś robić, jakoś przeciwstawiać się okupantom. Wiedziałyśmy, że jedyna droga to harcerstwo. Do organizacji wprowadziło je zaprzyjaźnione z ciocią rodzeństwo Dziubałowskich – przedwojennych harcerzy.

Początkowo śmieszyło nas to całe harcerstwo. Chodziłyśmy na spotkania, na których paliło się zapałki – że niby ognisko – śpiewało  piosenki i wkuwało jakieś tam reguły.  Ale były cierpliwe i nieugięte. Wciąż dopytywały się i prosiły o przyjęcie do konspiracji. Doczekały się. W maju 1943 r. zostały zaprzysiężone. Lucynka przyjęła pseudonim Boj. Pierwszym tajnym zadaniem, jakie otrzymały, było... sporządzenie dokładnego planu jednej z warszawskich dzielnic. Opis miał zawierać niezbędne informacje: ilu Niemców mieszka, czy uzbrojeni, gdzie można uciekać w razie niebezpieczeństwa itd. – Pracę utrudniała nam archaiczna już dziś instytucja warszawskiego dozorcy. Znali wszystkich lokatorów. Jak ktoś obcy wchodził na podwórko, honorem dozorcy było spytać: „A kogo pan uważa?”. Zawsze trzeba było się tłumaczyć. Ponieważ zaglądałyśmy w każdy kąt podwórka, bywało, że nas przeganiali. Jak się później okazało, warszawscy stróże byli niezastąpieni. –  Gdy wiedzieli, że Niemcy coś szykują, zawsze nas przestrzegali. To byli wspaniali ludzie – wspomina kombatantka.

Po oględzinach warszawskich podwórek przyszedł czas na dalsze stopnie konspiracyjnego wtajemniczenia... przenoszenie paczek głównie z gazetkami i służbę w charakterze przewodniczki. – Szłam przodem, za mną ktoś z organizacji. Jak widziałam patrol, miałam udawać, że wiążę sznurowadło. Nigdy nie wiedziałam, kto idzie za mną ... W razie gdyby mnie złapano, nie byłam w stanie udzielić żadnych informacji – wspomina. Gdy zbliżał się sierpień 1944 r. dziewczęta zauważyły, że paczki robiły się coraz większe i... cięższe. – Nie mówiono nam, co w nich jest, ale wiedziałyśmy na pewno, że to nie gazetki... Raz zanosiłam zawiniętą w papier sadzonkę drzewka – u góry listki, u dołu korzonki, a w środku... karabin – śmieje się harcerka. – A dynamit   wyglądał jak mydło – dodaje.
W lipcu 1944 r. w mieście czuło się, że sytuacja zaczyna narastać. Coraz głośniej mówiło się o powstaniu, stawało się coraz bardziej pewne, że ono rzeczywiście wybuchnie. Dziewczyny były już prężnymi konspiratorkami, a w domu u Lucynki na Lekarskiej był punkt wymiany informacji siatki. Tu każdy dostawał meldunek i zanosił pod wskazany adres. – Moja siatka kończyła się w zakładach papierniczych Wierzbickiego na Chmielnej.

Ostatnie dni lipca upływały w gorączce i podnieceniu. Powstanie było kilka razy odwoływane, wiedziano jednak, że lada chwila na pewno wybuchnie.  Lucynka obawiała się chwili, kiedy będzie musiała pożegnać mamę i  powiedzieć jej, dokąd idzie. – Miałam zaledwie 17 lat, nie wiedziałam, jak zareaguje... Okazało się, że niepotrzebnie. Kiedy wybiła godzina W, mama zrobiła mi krzyż na czole, dała obrazek Jezusa Miłosiernego, który do dziś noszę, i powiedziała: „Dziecko, idź z Bogiem”. Zaraz po mnie wyszedł mój brat – mówi ze wzruszeniem. Pani Lucyna, będąc już sama matką, często zastanawiała się, co czuła jej mama, kiedy wyprawiała do powstania dwójkę swych dzieci. Gdy po wielu latach zapytała ją o to wnuczka, odpowiedź była zaskakująca. – Jakby moje dzieci wtedy były w domu, to ja bym się ze wstydu spaliła. Takie były  w te sierpniowe dni nastroje. Nasz sąsiad, Genio, mimo że starszy, nie poszedł do powstania. Z tego powodu spotkał się ze społecznym ostracyzmem. Wszyscy się od niego odwracali – mówi weteranka. Zdaniem pani Lucyny warszawiacy podchodzili do powstania niezwykle emocjonalnie, tworzyli wspaniałą atmosferę, zagrzewali do walki, organizowali jedzenie, dzielili się wszystkim, co mieli. – Najpopularniejsze wówczas danie to  tzw. zupa-pluj. Było w niej wszystko, co się nawinęło... kartofle, kasza, mięso zabitego konia.
Ludność cywilna w czasie powstania narażona była na wiele niebezpieczeństw. – W pierwszych dniach walk oddziały Własowa lub Kamińskiego – już nie pamiętam – wtargnęły do naszej kamienicy na Lekarską i bloku naprzeciwko. Zebrali wszystkich mieszkańców i ograbili z kosztowności. Mama miała chusteczkę do nosa, którą ocierała pot. Zawinęła w nią pierścionek i udało jej się go przemycić. Własowczycy tymczasem zaczęli dobierać się do czternastoletnich dziewczynek... Ojciec jednej z nich świetnie znał niemiecki. Pobiegł po pomoc do pobliskiego szpitala dla żołnierzy niemieckich i ubłagał o interwencję. Hitlerowcy, mając najwyraźniej szacunek dla Polaka mówiącego w języku Goethego, przyszli z pomocą. Dzięki ich interwencji nie rozstrzelano mieszkańców tak jak naszych sąsiadów z naprzeciwka, lecz kazano zabierać się na Zachód, w kierunku Milanówka – wspomina kombatantka.
        
Lucyna należała do baterii artylerii przeciwlotniczej Żbik, która stacjonowała w zakładach graficznych Wierzbickiego, tuż koło Dworca Głównego. Zadaniem Żbika w pierwszych dniach powstania było zdobycie niemieckiego działka przeciwpancernego, które Niemcy trzymali na dworcu. – Próbowaliśmy wielokrotnie, ale kosztowało nas to dużo ofiar... Niemcy byli uzbrojeni po zęby, więc zrezygnowaliśmy. Stoczyliśmy za to prawdziwą bitwę o szyny. Wiernie ich strzegliśmy i dzięki temu przerwaliśmy hitlerowcom połączenie kolejowe – wspomina. Drugim zadaniem baterii było nie wypuścić z rąk kamienic po nieparzystej stronie Chmielnej. Pozycje Żbika obejmowały nry od 51. do 67.  – Cały czas byliśmy pod silnym obstrzałem artyleryjskim. Raz stałam w głębi pokoju oparta o framugę drzwi. Wszystkie okna były powyjmowane.  Padł strzał, kula przeleciała tuż koło mojego ucha i uderzyła we framugę. Poczułam jak odpryśnięte drzazgi wbijają mi się w policzek. Niemiecki snajper spudłował, jeden z naszych go potem ustrzelił – mówi ze wzruszeniem.

Życie codzienne w kwaterze Żbika toczyło się własnym rytmem, bez żadnych brawurowych akcji. Każdy dzień zaczynał się apelem, podczas którego poszczególne łączniczki otrzymywały swój rozkaz dzienny. Pani Lucyna pamięta, że wciąż była zmęczona i niewyspana. Pełnienie funkcji łączniczki oraz stanie na warcie z granatem i karabinem okazało się bardzo męczące dla siedemnastolatki. – Spaliśmy w ciuchach na drewnianych pryczach, które nazywaliśmy GKD – Główna Kwatera Dekowników. Przez cały czas marzyłam o tym, żeby rozebrać się, położyć spać i poczuć bosymi nogami prześcieradło – wspomina.  Stanie na warcie i obserwowanie samolotów nie było najcięższym zadaniem harcerki. Najniebezpieczniejsze było zanoszenie meldunków. – Najtrudniej było dostać się do Alei Jerozolimskich. Obstrzał był straszny. Z czasem zrobiono przekop, ale aby nim przejść, trzeba było mieć wyrobioną przepustkę i znać hasło i odzew, które zmieniały się każdego dnia.
W głównej kwaterze Żbika przy Chmielnej 61 Lucyna Kwiatkowska dotrwała do ostatnich dni powstania. – Wypełniliśmy swoje zadanie, nie oddaliśmy żadnej z naszych kwater – mówi z dumą. Po latach kombatantka przyznaje, że przez cały czas trwania powstania, choć było tylu zabitych, nie dopuszczała do świadomości, że coś jej się może stać. – Chyba każdy z nas tak czuł, bo inaczej nie wytrzymalibyśmy tego napięcia. To przywilej młodości... Powstanie było dla nas wspaniałą przygodą, a prawdziwymi bohaterami byli... nasi rodzice – mówi wzruszona. Po upadku powstania pani Lucyna otrzymała żołd. – Nasz dowódca miał kilka dolarów, za które – aby nas równo podzielić – kupił tzw. lokatówkę, złotą bransoletę kiepskiego rzemiosła. Każdy z nas dostał po jednym ogniwie. Ja swoje przerobiłam na ... obrączkę ślubną, którą noszę do dziś – mówi wzruszona. Wszystkich żołnierzy z powstania Niemcy kolumnami wyprowadzili do Ożarowa, do hal przedwojennej fabryki kabli, która miała bocznicę kolejową. Tam urządzili obóz przejściowy. Po czasie większość znajdujących się tam osób wywieziono na roboty do Niemiec. – Kiedy nas prowadzili, spotkałam  sąsiadkę. Czas powstania spędziła u znajomych w pobliżu Ożarowa. Od niej dowiedziałam się, że z mamą wszystko w porządku i że jest cała i zdrowa w Milanówku. Sąsiadka radziła mi ucieczkę. Wahałam się, ale znałam zasadę, że jeniec zawsze powinien starać się uciec... – wspomina.  Kobieta przyniosła Lucynce dużą wiejską chustę w kwiaty. Kiedy pokonywali pieszo kolejny odcinek drogi, owiniętą w chustę harcerkę sąsiadka pchnęła w pole, gdzie wiejskie kobiety kopały ziemniaki. – Jak ja strasznie żałowałam, że wtedy uciekłam i nie pojechałam do Niemiec... Ominęła mnie taka przygoda – mówi pani Lucyna. Koleżanka ze szkolnej ławy, Irenka, którą roboty nie ominęły, wróciła z Niemiec w pięknym mundurze amerykańskim i mówiła: „Wiesz, jak mi ciebie tam brakowało... Jakbyśmy były razem, to byśmy dopiero zawalczyły” – przekonywała. – Dziś myślę, że może nawet byśmy tam zostały, tak jak wielu naszych znajomych-powstańców – mówi pani Lucyna.
Po wojnie Lucyna Kwiatkowska wróciła do Kalisza, ukończyła studia farmaceutyczne. – Nigdy nie żałowałam, że wzięłam udział w powstaniu. Zawarłam wiele przyjaźni. Spotykamy się do dziś na wspólnym opłatku każdego roku, 13 grudnia, oczywiście w Warszawie. Najciekawsze jest to, że nawet nie znamy swoich imion. Zwracamy się do siebie pseudonimami – mówi kombatantka.

Anna Frątczak

Reklama

Czuwaj, wiaro! komentarze opinie

Dodajesz jako: |
Reklama

Ogłoszenia PREMIUM

Mieszkanie 2 pokojowe przy ul.

Mieszkanie 2 pokojowe 38 m2 po remoncie wynajmę dla osób niepalących. 1200zł+media+ czynsz


Sprzedaż - Wynajem - Serwis

Zapewniamy profesjonalną obsługę serwisową i dostawę części zamiennych do wózków widłowych TOYOTA - BT Nasza oferta obejmuje przeglądy i naprawy..


Reklama
 Reklama

25 maja 2018 roku weszło w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nakłada na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych w plikach cookies

Oświadczam, iż zapoznałem sie z Polityką prywatności i zgadzam się na zapisywanie i przechowywanie w mojej przeglądarce internetowej tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie zaszyfrowanych w nich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania z innych stron internetowych, serwisów oraz parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych, w tym na profilowanie i w celach analitycznych przez zyciekalisza.pl, oraz ZAUFANYCH PARTNERÓW.

Administratorzy danych / Podmioty którym powierzenie przetwarzania powierzono

Idea Contact sp. z o.o. z siedzibą w Kalisz 62-800, Spółdzielcza 6

Cele przetwarzania danych

1.marketing, w tym profilowanie i cele analityczne
2.świadczenie usług drogą elektroniczną
3.dopasowanie treści stron internetowych do preferencji i zainteresowań
4.wykrywanie botów i nadużyć w usługach
5.pomiary statystyczne i udoskonalenie usług (cele analityczne)


Podstawy prawne przetwarzania danych


1.marketing, w tym profilowanie oraz cele analityczne – zgoda
2.świadczenie usług drogą elektroniczną - niezbędność danych do świadczenia usługi
3.pozostałe cele - uzasadniony interes administratora danych


Odbiorcy danych

Podmioty przetwarzające dane na zlecenie administratora danych, w tym podmioty ZAUFANI PARTNERZY, agencje marketingowe oraz podmioty uprawnione do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa.

Prawa osoby, której dane dotyczą

Prawo żądania sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania danych; prawo wycofania zgody na przetwarzanie danych osobowych. Inne prawa osoby, której dane dotyczą.

Informacje dodatkowe

Więcej o zasadach przetwarzania danych w "Polityce prywatności"