:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?
PILNE
Zagranica oczyma naszych emigrantów, Duchy - zdjęcie, fotografia
Portal zyciekalisza.pl 31/01/2019 00:00

Siedzę sobie dzisiaj na mojej kanapie, tej od czytania, tylko że nie czytam, a wędruję po ścieżce wspomnień. Mamy długi weekend, pogoda zbyt chłodna, aby rozłożyć się na leżaku, więc przymykam oczy i jak w samo-hipnozie przewijam film ze mną w roli głównej. Klatki filmowe są różne; od scen w pracy, poprzez osobiste, rozrywkowe, do intymnych. Ludzie, fakty, zdarzenia płyną jak fale rzeki – raz szybciej, raz wolniej. Znajome twarze, które pamięć gdzieś odgrzebała, znajome miejsca, o których zapomniałam, że istniały. Zupełnie jak w kronice filmowej.
Właśnie mignęła mi przed oczami moja pierwsza w Ameryce praca prawie trzydzieści lat temu. Ludzie, do których przyjechałam, załatwili mi pracę opiekunki 10-letniego chłopca. Miałam mieszkać u swoich chlebodawców, mieć wolne dwie niedziele w miesiącu, zaparzyć rano kawę i zrobić śniadanie, dopilnować, aby Samuel odrobił lekcje, a resztę czasu poświęcić na prasowanie i lekkie sprzątanie. Miałam mieć swój pokój i swoją łazienkę. Zawieziono mnie (a właściwie dostarczono jak trzodę do rzeźni) na rozmowę kwalifikacyjną, czyli interview. Wchodzę do domu-pałacu i aż się boję przestąpić próg, bo w ogromnym hallu, jak okiem sięgnąć,  błyszcząca biała marmurowa  podłoga, z której wyrastają dwie marmurowe kolumny w stylu doryckim. „Chryste Panie...” – truchleję w duchu. – „Co będzie, jak oni mi będą kazać pucować codziennie te marmury?”. Pani domu zrobiła mi egzamin z języka angielskiego i widocznie wypadł zadowalająco, bo zostałam do pracy przyjęta i zostałam już na noc. Właścicielka domu oprowadziła mnie po mieszkaniu, pokazała jak parzyć kawę w maszynie, która przypominała robota z „Gwiezdnych wojen” i położyłam się spać. Ale zasnąć za skarby nie mogę, bo głupi mózg nie daje; otwieram więc okno i siedząc na parapecie, palę papierosy (wtedy jeszcze paliłam), jednego za drugim. „Co ja tu robię? Jak ja tu wytrzymam zamknięta jak w więzieniu? Co będzie jutro rano, jeżeli nie wyjdzie mi zaparzenie kawy w tej piekielnej maszynie? Jak mam się zachować, jeżeli dziecko nie będzie mnie słuchać?” – mnożą mi się w głowie pytania, na które nie ma odpowiedzi. Koniec końców, gdzieś w połowie paczki papierosów postanowiłam, że nie pozostanę tutaj za żadne skarby świata. Szalę goryczy przeważył fakt, że gdy pomyślałam sobie, że mam się tutaj opiekować czyimś dzieckiem, podczas gdy mój własny syn pozostał w oddalonej o tysiące kilometrów Polsce, wiedziałam, że trudno mi będzie polubić małego Samuela. Z pomocą słownika ułożyłam list do mojej chlebodawczyni, wyjaśniając przyczyny mojej rezygnacji i dałam jej go rano do przeczytania. Później długo musiałam słuchać o mojej niewdzięczności i o tym, jak można było pogardzić pracą – cytuję – u „takich milionerów”.
 
Ta! Ta! Ta! Ta!!!  To zapowiedź nadchodzącej nowej migawki w mojej kronice filmowej. Właśnie widzę siebie, jak stoję w pustym i mrocznym korytarzu budynku uniwersyteckiego w mieście Green Bay w stanie Wisconsin. Stoję oparta o ścianę i słucham, jak ktoś w sali obok gra na fortepianie Poloneza A-Dur Fryderyka Szopena, a łzy zalewają mi policzki. „Co ja tu robię?” – zadaję sobie to samo pytanie. – „Gdzie moja Polska i wszystko, co bliskie i znajome?”. Wprawdzie Szopen (lub Chopin) jest w niektórych amerykańskich materiałach źródłowych uważany za kompozytora francuskiego, ale gdyby ci ignoranci posłuchali jego mazurków, polonezów i walców opartych na polskiej muzyce ludowej, to od razu by wiedzieli, że to przecież nie francuskie menuety. W Wisconsin mieszkałam cztery lata i zetknęłam się tam z prawdziwą amerykańską prowincją. W miasteczku Sturgeon Bay, w którym mieszkałam, żyło 8820 osób – głównie pochodzenia skandynawskiego; były tam dwie stocznie, które dawały zatrudnienie 70 proc. miejscowej populacji. Po polsku mówiłam tylko ja i jedno starsze małżeństwo, które osiedliło się tam dawno, dawno temu.
Początki moich lat spędzonych w Sturgeon Bay były bardzo ciężkie, ponieważ nie tylko, że mówiłam ze śmiesznym akcentem, to jeszcze w moim stylu ubierania pokutowały polskie zwyczaje, co razem powodowało, że całkowicie nie pasowałam do miejscowych tubylców.
Z upływem czasu zaczęto mnie akceptować (czyt. tolerować) i chociaż nigdy całkowicie „nie wtopiłam się w tłum”, zawarłam wiele znajomości, a nawet przyjaźni. Kita (Szwedka), Donna (Niemka), Connie (Filipinka) i ja, Polka,  tworzyłyśmy grupę, do której znane określenie „do tańca i do różańca” pasowało jak ulał. Małe miasteczko nie oferowało zbyt wiele w zakresie rozrywki, ale od czego wyobraźnia? A tej nam nie brakowało.  Kiedyś Kita wyczaiła, że przyjeżdża „medium” i w wiejskim kościółku będzie wywoływanie duchów. Oczywiście wszystkie cztery zjawiłyśmy się tam rozbawione i  sceptycznie nastawione do całej imprezy. Ale muszę przyznać, że uśmiech zamarł nam na ustach, gdy medium opisało za szczegółami zmarłego męża Kity, który rzekomo miał stać za jej plecami. Na trzęsących się nogach dotarłyśmy do samochodu i aby pozbyć się strachu, który nas opanował, pojechałyśmy prosto na pajama party, czyli przyjęcie pidżamowe, organizowane w jednej z tawern. Było tam na co popatrzeć. Ubiegając się o studolarową nagrodę, dziewczyny paradowały w tę i z powrotem w skąpych strojach nocnych, wypinając co ważniejsze tylne i przednie części ciała i kręcąc uwodzicielsko biodrami. A wszystko to za marne 100 USD... Co by to było, gdyby nagroda była o wyższym nominale… To by dopiero było widowisko! Nie mogę nie wspomnieć, że moje koleżanki wzięły sobie za punkt honoru wyswatanie mnie z którymś z miejscowych panów „do wzięcia”.  A więc był Jeff, z zawodu dentysta, a z zamiłowania operator koparki; żona go zostawiła w jego urodziny – po prostu wyszła z domu po urodzinowe zakupy i... więcej nie wróciła. Po bliższym poznaniu Jeffa przyznałam jej absolutnie rację; rywalizacja  z „tą drugą” może nawet podniecać, ale jak można rywalizować z ciężkim sprzętem budowlanym? Był też Paul, dość posażny farmer z kilkudziesięciohektarowym gospodarstwem, który był gotowy założyć mi obrączkę na rączkę, ale ja, dziewczyna z metropolii Kalisz, stchórzyłam, gdy zobaczyłam (i usłyszałam) kilkaset świń domagających się karmy.

Oczywiście moje lata spędzone w Sturgeon Bay to też praca, codziennie kłopoty i cała ta rutyna dnia powszedniego, ale to chyba moja pamięć zapisała na innej ścieżce taśmy filmowej, bo moja dzisiejsza kronika nie ma ochoty tego odtworzyć. Ale co to…? Kto to…? Gdzie to…? Czyja to kibić taka wiotka, czyje to loki takie blond? O, tak, teraz rozpoznaję; moja pamięć przeniosła mnie z powrotem do stanu Illinois, do mojego mieszkania w miasteczku Des Plaines. Siedzę za stołem razem z kilkoma innym osobami, wśród których jest mój gość honorowy, nasza znana utalentowana piosenkarka,  pani Veronika V. Siedzimy sobie, gadamy, nie ukrywam, że drinkujemy, i nie mogę oderwać oczu od pani Veroniki. Ja nigdy artystką nie byłam i nawet takich aspiracji nigdy nie miałam, ale z zazdrością patrzę na profesjonalistkę; jaka gracja w trzymaniu kieliszka z koniakiem, jaki wdzięk w ruchach ciała. „Panie Eugeniuszu” – właśnie słyszę melodyjny głos naszej artystki. – „Proszę uprzejmie o przysunięcie półmiska z wędliną, bo nie mogę dosięgnąć”. Pan Eugeniusz dwoi się i troi, aby sprostać zadaniu, a chyba nie jest to łatwe, bo widać, że fizyczna bliskość obcisłej bluzeczki pani Veroniki bardzo go onieśmiela. Oczywiście wszyscy chcemy wiedzieć, czy ta kaskada blond włosów jest autentyczna, ale nie śmiemy zapytać. Podpatrujemy z boku, z góry, ale – psia mać! – nic podejrzanego nie da się zauważyć. Rozmowa toczy się wartko, raz po raz przerywana ośmiooktawowym głosem pani Veroniki, która na życzenie śpiewa fragmenty swoich piosenek. Patrzę na godzinę i widzę, że już po północy i pewnie obudzimy sąsiadów, ale natychmiast się rozluźniam – a niech tam, niecodziennie zdarza się przecież gościć taką artystkę. Aż mi samej trudno w to uwierzyć. Dobrze, że robię zdjęcia, to zawsze będę mogła sobie popatrzeć w chwilach wątpliwości.
Jak i wszystko, tak i ta gościna dobiega końca. Pan Eugeniusz, osłabiony całkowicie nie tylko bliskością artystki, ale też i kieliszkami koniaku, którymi przepijał wznoszone na przemian z panią Veroniką toasty, nie nadawał się, aby usiąść za kierownicę. „Bardzo dobrze” – zacieram ręce. – „Będę sama musiała odwieźć artystkę i może podpatrzę, jak to jest z tymi włosami” – cieszę się. Gwoli wyjaśnienia dodam, że tajemnicę włosów wybadałam, ale nie zdradzę, chyba że na łożu śmierci.

Uff, zmęczyłam się już tą pracą w charakterze gwiazdy filmowej. Pora zrobić sobie przerwę na popcorn. Wprawdzie zdrowiej byłoby zjeść jabłko, ale co tam, zjem nie tylko popcorn, ale i do tego jeszcze popiję koniaczku. Mam namacalne dowody, że koniaczek działa cuda.

Reklama

Duchy i cuda komentarze opinie

Dodajesz jako: |
Reklama

Ogłoszenia PREMIUM

Mieszkanie 2 pokojowe przy ul.

Mieszkanie 2 pokojowe 38 m2 po remoncie wynajmę dla osób niepalących. 1200zł+media+ czynsz


Sprzedaż - Wynajem - Serwis

Zapewniamy profesjonalną obsługę serwisową i dostawę części zamiennych do wózków widłowych TOYOTA - BT Nasza oferta obejmuje przeglądy i naprawy..


Reklama
 Reklama

25 maja 2018 roku weszło w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nakłada na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych w plikach cookies

Oświadczam, iż zapoznałem sie z Polityką prywatności i zgadzam się na zapisywanie i przechowywanie w mojej przeglądarce internetowej tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie zaszyfrowanych w nich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania z innych stron internetowych, serwisów oraz parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych, w tym na profilowanie i w celach analitycznych przez zyciekalisza.pl, oraz ZAUFANYCH PARTNERÓW.

Administratorzy danych / Podmioty którym powierzenie przetwarzania powierzono

Idea Contact sp. z o.o. z siedzibą w Kalisz 62-800, Spółdzielcza 6

Cele przetwarzania danych

1.marketing, w tym profilowanie i cele analityczne
2.świadczenie usług drogą elektroniczną
3.dopasowanie treści stron internetowych do preferencji i zainteresowań
4.wykrywanie botów i nadużyć w usługach
5.pomiary statystyczne i udoskonalenie usług (cele analityczne)


Podstawy prawne przetwarzania danych


1.marketing, w tym profilowanie oraz cele analityczne – zgoda
2.świadczenie usług drogą elektroniczną - niezbędność danych do świadczenia usługi
3.pozostałe cele - uzasadniony interes administratora danych


Odbiorcy danych

Podmioty przetwarzające dane na zlecenie administratora danych, w tym podmioty ZAUFANI PARTNERZY, agencje marketingowe oraz podmioty uprawnione do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa.

Prawa osoby, której dane dotyczą

Prawo żądania sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania danych; prawo wycofania zgody na przetwarzanie danych osobowych. Inne prawa osoby, której dane dotyczą.

Informacje dodatkowe

Więcej o zasadach przetwarzania danych w "Polityce prywatności"