:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?
Historia, gruźlica zabijała - zdjęcie, fotografia
Portal zyciekalisza.pl 31/01/2019 00:00

Wspomnienia Tadeusza Wichlińskiego

– Najpierw miałem być wojskowym, później aptekarzem. Zostałem lekarzem chorób płuc, choć tak naprawdę chciałem być chirurgiem. Prawie by mi się to udało, gdybym… nie zachorował na gruźlicę – wyznaje senior.

Tadeusz Wichliński, rocznik 1922. Jak w przypadku całego pokolenia, data przyjścia na świat zaważyła również na jego życiu. W czerwcu 1939 r. skończył czwartą klasę gimnazjum. Naukę przerwała mu wojna.

Wakacje 1939, czyli wojna to nie żarty
Ostatnie przedwojenne wakacje spędziłem jak zwykle w rodzinnym Tuliszkowie. Rodzice prowadzili tam aptekę. W sierpniu wsiadłem na rower i pojechałem do wuja, który zarządzał majątkiem koło Wolborza (Piotrków Trybunalski). Utrzymywał wspaniałą stadninę koni. Bawiłem tam 3 tygodnie wraz z mnóstwem siedemnastolatków z całej Polski. Panowała ogólna beztroska. Wracałem kilka dni przed wybuchem wojny. Do pokonania rowerem miałem 160 km. Jechałem dosyć późno przez Uniejów i Turek – ryzykownie, bo bez świateł. Nagle z ciemności naprzeciw mnie wyskoczył rowerzysta. Zderzyliśmy się i uszkodziłem mu koło. Nie mógł jechać. Nie miałem ani grosza, więc dałem mu w zastaw legitymację szkolną. Kilka dni potem, w ciepły wrześniowy dzień, znów podróżowałem rowerem. Tym razem z Tuliszkowa do Wymysłowi, po mleko. Przede mną wyłonił się już nie rowerzysta, lecz… patrol kawaleryjski naszej konnicy. Jechali wolno stępa. Piach, pola. Nie mogłem ich wyprzedzić. W pewnej chwili dowódca zatrzymał się. Odwrócił i wydał rozkaz: „Zatrzymać tego, co za nami jedzie!”. Obstąpili mnie ze wszystkich stron. „Jak się pan nazywa?”. „Wichliński” – odpowiedziałem. „Imię?”. – „Tadeusz”. „Jakiś dokument?”. Nie miałem legitymacji, bo oddałem rowerzyście i przepadła. „Dokąd pan jedzie?”. – „Po mleko do znajomych gospodarzy”. – „Musimy to sprawdzić”. Jadę rowerem, a oni za mną tymi końmi. Jadę i myślę sobie: „Jeżeli ci Hiszpańscy, tak jak inni, mają konie, wóz, mogli dawno uciec jak reszta ludności w tym czasie. Nie mam wtedy żadnego alibi”. Modliłem się, żeby byli w domu. Hiszpańska była w polu – kopała kartofle. Ja pokazuję, że to ona, gdy mijaliśmy ją po drodze. „Czy pani zna tego pana?” – spytali kobietę. – „Tak, znam”. – „Kto to jest?”. „Syn naszego aptekarza” – odpowiedziała. „Miał pan szczęście” – wycedził poważnym głosem dowódca. Szczęście pozostało przy mnie do końca wojny. Z mniej lub bardziej niebezpiecznymi przygodami dotrwałem w Tuliszkowie i okolicznych miejscowościach wyzwolenia.

Koszary czy akademik?
Matura 1945 Wojna się kończyła. Cóż było robić? Bez matury po pięcioletniej przerwie miało się wrażenie, że nauka poszła w las. Postanowiłem na ochotnika zaciągnąć się do wojska. Złożyłem papiery do WKU. Zadowolony szedłem ulicami Kalisza. W miejscu gdzie dziś znajduje się pomnik Adama Asnyka powitał mnie mój dawny gimnazjalny profesor od biologii, znany jako odkrywca właściwości torfu –Stanisław Tołpa. Poznał mnie od razu po 5 latach niewidzenia. „Co pan zamierza robić?” – zagadnął. To był już koniec wojny, zdaje się – luty. „Zaciągnąłem się do armii” – odpowiadam. Natychmiast wybił mi to z głowy. Profesor był wspaniałym człowiekiem. Tuż przed wojną wykładał biologię w liceum Kościuszki. Pochodził chyba gdzieś ze Wschodu. Jak miał urlop, razem z żoną wyjeżdżał na Polesie, kiedy jeszcze było ono polskie. Tam zaczął swoje badania. Był oficerem. W czasie wojny trafił do niewoli niemieckiej. Znalazł się w oflagu, ale aby być ze swoimi żołnierzami, razem pracować, zrzucił dystynkcje oficerskie i na własne życzenie poszedł do stalagu. Miał świetną kondycję – wysoki, postawny. Poradził, abym przystąpił do matury. „Niech pan złoży podanie o dopuszczenie do egzaminu ze wszystkich przedmiotów do drugiej klasy”. Ja mu na to: „Panie profesorze, jestem dopiero po czwartej klasie gimnazjum. Nie mam pojęcia o materiale z pierwszej klasy liceum…”. „A co się pan martwi?” – odpowiedział. Wziąłem korepetycje z fizyki i u dwóch profesorów z matematyki. Zdałem u „Jagiellonek”, bo UB było w szkole Asnyka, a Szpital Radziecki w II LO Kościuszki. Normalna matura – pisemny i ustny. Bardzo ładnie mi poszedł z biologii – bardzo dobry, polskiego – dobry, chemii – bardzo dobry, fizyki – dobry, matematyki – dobry. Zacząłem poważnie myśleć o medycynie – mój brat był lekarzem. W tym czasie rozpocząłem starania o odzyskanie naszej apteki w Tuliszkowie. Ojciec zmarł w 1944 r. Sekretarz Izby Aptekarskiej, z którym załatwiałem tę sprawę, radził: „Proszę pana, dla dobra sprawy proszę iść na farmację”. Chciałem studiować we Wrocławiu. Wszyscy koledzy i koleżanki po maturze tam wyjechali, więc mówiłem sobie: „Będzie raźniej”. Poszedłem do prof. Hirschfelda – dziekana Wydziału Lekarskiego we Wrocławiu – z chęcią wstąpienia na farmację, a on mi na to, że wydział farmacji będzie otwarty dopiero za rok.

Z aptekarza na lekarza
Pojechałem do Poznania. Podobnie jak we Wrocławiu i tu wydziały Akademii Medycznej były w powijakach. Na farmację było 120 chętnych. Czekał mnie egzamin. Wybrałem fizykę, bo byłem niezły. Trzęśliśmy się jak galarety. Przed egzaminem przyszedł dziekan Dobrowolski i oświadczył: „Proszę państwa, mam smutną wiadomość: egzamin się nie odbędzie”. Nie było takiej potrzeby – chętnych było akurat tylu, co miejsc. Zacząłem zajęcia. Szło mi nawet nieźle. Cały czas załatwiałem moje sprawy apteczne. Któregoś razu sekretarz z Izby Aptekarskiej – Paweł Wandke, ten sam, który kazał mi zdawać na farmację, powiedział: „Właściwie pan nie musi studiować farmacji”. Nie miałem wątpliwości. Szybko napisałem podanie z prośbą o przyjęcie mnie na pierwszy rok medycyny Wydziału Lekarskiego. Zdałem egzaminy. Byłem na tyle zuchwały, że zwróciłem się do rady wydziału o przeniesienie mnie warunkowo na II rok. Fizykę i chemię miałem zaliczoną na farmacji, ale musiałem dopracować prosektorium i histologię. Poradziłem sobie i wylądowałem na II roku. Studiowałem razem ze Zdzisławem Kwaśniewskim, ojcem późniejszego prezydenta. Pochodził z Białogardu Szczecińskiego. Po latach usłyszałem od kogoś, że Aleksander Kwaśniewski naprawdę nazywa się Sztolcman… Nie wiem, czy to zbieg okoliczności, bo „Sztolcman” nazywał się profesor chemii fizjologicznej naszej poznańskiej Alma Mater – wspólnie mieliśmy z nim zajęcia. Zdzisław Kwaśniewski był lekarzem ogólnym.

Gdy gruźlica zabijała…
Czym jest gruźlica, dowiedziałem się bardzo wcześnie. Mój wuj i brat na nią chorowali – jak masa ludzi tuż po wojnie. Wtedy na gruźlicę się umierało. Nie znano odpowiednich leków. Pojawiła się streptomycyna, jednak bez wsparcia innych preparatów niewiele mogła zdziałać. Była na wagę złota, zdobycie choć paru gramów graniczyło z cudem. Brat, który był lekarzem, wystarał się w specjalnej komisji, zajmującej się jej przydziałem, o 200 gramów jednorazowo w Instytucie Gruźlicy w Warszawie, ale to było za mało. Powodowała zaburzenia równowagi, więc nieraz zataczał się jak pijany. Po pierwszych dawkach była poprawa, ale ten antybiotyk – kiedy podawany jest samotnie – działa do pewnego momentu. Teraz w leczeniu gruźlicy stosuje się leczenie skojarzone: 4 leki naraz. Dopiero one dają efekt. Nigdy nie wiadomo, na który z nich prątki są oporne. Brat zmarł w 1949 r. Mogłem się od niego zarazić, ale do tego nie doszło. Pod koniec studiów zarobkowałem, jeżdżąc na ochotnika po wsiach z ekipami lekarskimi. Ambulansy – złomy. Fartuchy tak ciasne, że musiałem zdjąć marynarkę, żeby się w niego zmieścić. 15 października 1951 r., w imieniny mojej siostry Jadwigi, wróciłem ze wsi i poszedłem do kina. Nie było wielu widzów. Miałem suchy kaszel, który nagle zrobił się mokry. Było ciemno. Kaszlałem do chusteczki. Wychodzę z kina, patrzę: cała chusteczka pokrwawiona… Zaraziłem się od wuja. Sam nie wiedział, że ma gruźlicę płuc. Kiedy zmarł mu brat, przyjechałem, by pomóc staruszkowi w pogrzebie. Nocowałem z nim 1 noc w pokoiku na 15 mkw. Nie miałem odporności. Na studiach było ciężko, więc oddawałem krew za pieniądze. Zgłosiłem się do poradni przeciwgruźliczej i skierowano mnie do sanatorium do Zakopanego. Górskie powietrze podgoiło zmiany w płucach, ale nadal miałem nacieki. Po paru latach znów mi się pogorszyło. Wystarałem się o streptomycynę.

Chirurgia – marzenie niespełnione
Ostatni egzamin dyplomowy zdałem w 1952 r., a dyplom otrzymałem w 1953 r. Marzyłem o chirurgii. Jeszcze w 1951 r. napisałem podanie o przyjęcie mnie na praktykę chirurgiczną. Chciano mnie wysłać w lubelskie, bo tam było zapotrzebowanie. Nie chciałem tak daleko. Dowiedziałem się wtedy, że w Kaliszu na Wolicy otwierają szpital chorób płuc i będą potrzebować lekarzy. Zgłosiłem się ale tylko pro forma, by dostać się do Kalisza. Jak mnie przenieśli, od razu udałem się do doktora Ganszera na chirurgię. Szło mi świetnie. Doktor był ze mnie zadowolony. Niestety, pojawiły się nowe zmiany w płucach. Zmuszony byłem zrezygnować. Wszyscy namawiali mnie, bym zdecydował się zrobić specjalizację w zakresie chorób płuc i rozpoczął pracę na Wolicy. Chorzy na gruźlicę stanowili wówczas 95 proc. pacjentów. Zgodziłem się na próbne 3 miesiące i już tam zostałem na dobre. Dziś ta choroba, która niegdyś była plagą dziesiątkującą całe rodziny, jest całkowicie wyleczalna. Niewiele osób też na nią zapada. Jej miejsce – jeśli chodzi o choroby płuc – zajęły nowotwory. Chorzy na raka stanowią dziś większość pacjentów szpitala na Wolicy. Pracowałem w nim przez 11 lat. Potem, do emerytury, przyjmowałem w poradni przeciwgruźliczej. Czy żałuję tego wyboru? – Nie wiem, chyba nie.
Anna Frątczak

Reklama

Gdy gruźlica zabijała komentarze opinie

Dodajesz jako: |
Reklama

Ogłoszenia PREMIUM

Sprzedaż - Wynajem - Serwis

Zapewniamy profesjonalną obsługę serwisową i dostawę części zamiennych do wózków widłowych TOYOTA - BT Nasza oferta obejmuje przeglądy i naprawy..


Mieszkanie 2 pokojowe przy ul.

Mieszkanie 2 pokojowe 38 m2 po remoncie wynajmę dla osób niepalących. 1200zł+media+ czynsz


Kalendarz

Najbliższe imprezy
Reklama
 Reklama

25 maja 2018 roku weszło w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nakłada na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych w plikach cookies

Oświadczam, iż zapoznałem sie z Polityką prywatności i zgadzam się na zapisywanie i przechowywanie w mojej przeglądarce internetowej tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie zaszyfrowanych w nich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania z innych stron internetowych, serwisów oraz parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych, w tym na profilowanie i w celach analitycznych przez zyciekalisza.pl, oraz ZAUFANYCH PARTNERÓW.

Administratorzy danych / Podmioty którym powierzenie przetwarzania powierzono

Idea Contact sp. z o.o. z siedzibą w Kalisz 62-800, Spółdzielcza 6

Cele przetwarzania danych

1.marketing, w tym profilowanie i cele analityczne
2.świadczenie usług drogą elektroniczną
3.dopasowanie treści stron internetowych do preferencji i zainteresowań
4.wykrywanie botów i nadużyć w usługach
5.pomiary statystyczne i udoskonalenie usług (cele analityczne)


Podstawy prawne przetwarzania danych


1.marketing, w tym profilowanie oraz cele analityczne – zgoda
2.świadczenie usług drogą elektroniczną - niezbędność danych do świadczenia usługi
3.pozostałe cele - uzasadniony interes administratora danych


Odbiorcy danych

Podmioty przetwarzające dane na zlecenie administratora danych, w tym podmioty ZAUFANI PARTNERZY, agencje marketingowe oraz podmioty uprawnione do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa.

Prawa osoby, której dane dotyczą

Prawo żądania sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania danych; prawo wycofania zgody na przetwarzanie danych osobowych. Inne prawa osoby, której dane dotyczą.

Informacje dodatkowe

Więcej o zasadach przetwarzania danych w "Polityce prywatności"