:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?
Historia, jestem Kalisza - zdjęcie, fotografia
Portal zyciekalisza.pl 28/05/2008 13:23

– wspomnienia Jakuba Flinkera, kaliszanina, gościa II Dni Kultury Żydowskiej w naszym mieście

Dom
Przed wojną mieszkałem przy Rynku Dekerta 6 [dzisiaj Nowy Rynek 6, dom z apteką na parterze]. Dom wyglądał inaczej niż dzisiaj. Należał do mojego dziadka, Noego Hillera, właściciela młyna motorowego Gwiazda przy ul. Długosza 7 i domu mieszkalnego pod tym samym adresem. Dziadek był także właścicielem cegielni w Piwonicach. Do domu wchodziło się schodami od tej strony, gdzie dzisiaj jest zrobione przejście między budynkami. Drugie schody prowadziły do kuchni. Mieliśmy olbrzymie mieszkanie, 7-8-pokojowe, dwa z nich stały nieużywane. Pokoje były przepiękne, wielkie, sztukateria naokoło, piece klasyczne z kafli. Przed domem rozciągało się olbrzymie podwórze – koniec ulicy Chopina wyznaczał jego granicę. Dzisiaj część alei Wojska Polskiego znajduje się na naszym byłym podwórzu. W dzień targowy stały na nim setki furmanek z towarem. Gospodarze przywozili produkty mleczne, sery, jajka, a do naszego młyna zboże. Dalej prowadziła taka krótka uliczka, która łączyła się z ulicą Długosza. Miałem starszego brata, Lejzera, dla Polaków – Lucjana. Jak przeskoczyliśmy przez płot, to byliśmy od razu u dziadka, jak nie, to chodziliśmy, jak inni, ulicą Majkowską.
W domu mówiło się po polsku. Moja matka była jedną z najlepszych polonistek Kalisza. Jeśli ktoś miał problem, jak coś poprawnie powiedzieć lub zapisać, często zwracano się do niej po radę.

Rodzina
Dziadek Noe był kaliszaninem, babcia pochodziła ze Stawiszyna. Ojciec, Mojżesz Flinker, wywodził się ze znanej rodziny warszawskiej. Cała jego familia to byli dziennikarze, pisarze, przedwojenna inteligencja. Dziadek słynął ze swoich uczynków względem narodu żydowskiego, m.in. sponsorował koszerne jedzenie dla żołnierzy żydowskiego pochodzenia, którzy służyli w kaliskich garnizonach. Dlatego jego córka, Irena, moja matka, mogła zostać żoną kawalera z najlepszego domu warszawskiego. Ojciec w Kaliszu był m.in. redaktorem gazety żydowskiej „Kalischer Leben” [w tłumaczeniu: „Życie Kalisza” – gazeta prowadzona w języku hebrajskim].

Edukacja
Przed wojną zdążyłem ukończyć szkołę powszechną, która mieściła się przy żydowskim gimnazjum koedukacyjnym [obecnie Urząd Statystyczny przy pl. Kilińskiego]. Gimnazjum stało na bardzo wysokim poziomie – sam nie wiem, jak weszło nam to wszystko do głowy; uczono tam niemieckiego, greckiego i łaciny, a hebrajski był językiem wykładowym. Klasy ładne, czysto urządzone, zatrudniano najlepsze nauczycielki z całej Polski. Nauka w szkole powszechnej rozpoczynała się w wieku 5-6 lat. Wykładano matematykę, hebrajski, polski, ortografię, kaligrafię. Dzisiaj piszę jak kura pazurem, ale kiedyś wielką wagę przywiązywano do charakteru pisma. Godzinę w tygodniu poświęcano Biblii. Bardzo ważne, nie tak jak dzisiaj, były zajęcia z gimnastyki, rysunku i muzyki – to była istotna część naszej edukacji. Swoje pierwsze fascynacje muzyczne zawdzięczam szkole. W domu czekały mnie lekcje żydowskie, prowadzone indywidualnie przez nauczyciela. Biedniejsze dzieci miały możliwość chodzić do szkoły w okolicach ulicy Złotej. Tak więc nauka zajmowała dużo czasu: od g. 8 do 14 szkoła, potem powrót do domu, przerwa i zaczynały się lekcje popołudniowe. Po wojnie przez dwa lata chodziłem do liceum Kopernika, mieliśmy przyspieszony kurs nauki – w pół roku robiliśmy rok. \"\"

Kalisz
Kalisz przedwojenny był przykładem dla polskich miast. Czyste ulice, czytelne numery na każdym domu, rynsztoki obowiązkowo wysypywane wapnem. Dla nas było zaszczytem mieszkać w Kaliszu. Być Żydem z Kalisza to znaczyło coś innego niż z jakiegokolwiek innego miasta w Polsce. Tu była bogata gmina.

W kilku spojrzeniach
Ulica Ciasna 22-23: w kinie Słońce [obecnie w budynku mieści się m.in. hurtownia elektryczna] oglądałem „Śnieżkę i 7 krasnoludków” [prod. USA, W. Disney, 1937 r.] – pierwszy film, jaki zobaczyłem w kolorach.
Ulica Towarowa: tu stał olbrzymi młyn Deutschmana [przy rzece, bliżej ulicy Wodnej], dzierżawiony przez Żydów. A ten dom [przy zbiegu z ul. Kościuszki]? Tu mieszkał Boraks, handlarz bydła i koni. Miał dwie córki; jedna się nazywała Hanula, ładna kobieta była, wysoka, a druga Estera – blondynka, miała takie bogate, puszyste włosy.
Ulica Krótka: gdzie jest ta piękna synagoga [reformowana, tzw. niemiecka]? W środku była jak kościół, jedyna taka w kraju. Dlaczego ją zburzyli?
Ulica Śródmiejska: wspaniały dom towarowy Kowalskiego z windą [kamienica pomiędzy ul. Kościuszki i Krótką; winda zachowała się, ale nie działa]. Jako dziecko przychodziłem tutaj na pyszne lody włoskie. Przy zbiegu ze Złotą koncern Plutos, jedna z trzech największych przedwojennych fabryk czekolady, prowadził swój sklep firmowy. To był sklep… Tylko fantazja mogła przebić to, co tam oferowano.
Ulica Pułaskiego: w bok od Pułaskiego prowadzi maleńka uliczka Berka Joselewicza (nie byłem na niej 70 lat). Przy tej ulicy działała szkoła, nazywała się Familijna. Jej uczniowie nosili zielone czapeczki. Krótki czas tam chodziłem, ale rodzicom się nie spodobało i przenieśli mnie do szkoły powszechnej przy gimnazjum [pl. Kilińskiego].
Park: sztuczne ruiny stały naprzeciwko wejścia do hydropatii [przedszkole Bursztynowy Zamek]. Były duże, dwupiętrowe, idąc w górę po kamiennych schodkach, trzeba było uważać, żeby się nie poślizgnąć. A na prawo od ruin stała długa, wspaniała altana. Tam często grała orkiestra. Zimą jeździło się na łyżwach po Prośnie naprzeciwko KTW i teatru.
Ulica Piekarska: W sali rzemieślników [Sala Rzemieślników Chrześcijańskich, obecny pub i restauracja] pod koniec roku wszystkie klasy robiły przedstawienie. Wejście dla rodziców było biletowane, w ten sposób zbierano pieniądze m.in. za wynajęcie sali. 
Teatr: w Kaliszu przedwojennym były dwa teatry –  Wojciecha Bogusławskiego i żydowski; do tego drugiego wejście prowadziło z al. Józefiny [Wolności], w okolicach kina Oaza. Jeśli chodziłem do teatru. to w sobotę po południu, ze starszym bratem. Z teatru Bogusławskiego najbardziej zapadło mi w pamięci przedstawienie pt. „Krzyk”, miałem wtedy jakieś osiem, dziewięć lat. Siedziałem na drugim piętrze. Sztuka kolosalna, przedstawiała dom umysłowo chorych. Doktor badał, kto krzyczy w nocy, na końcu okazywało się, że w nocny szał wpadał sam doktor. Sztuka cieszyła się dużym powodzeniem w mieście i długo nie schodziła z afisza.

Zagłada
Wybuch wojny mnie i brata zastał w Łodzi. Pod tym miastem mój wujek prowadził pensjonat i tam spędzaliśmy część wakacji. Lutek pozostał w Łodzi, ja wróciłem do Kalisza.
Mój ojciec został zamordowany w drugim miesiącu wojny, w październiku 1939 r., obok hali targowej Braci Szrajer [obecna Tęcza], w drodze na 3 Maja. Byłem tam wtedy, ale nie stałem koło ojca, tylko trochę dalej. Ojciec dostał ataku serca, czy się potknął i upadł, a żandarmi go zastrzelili. Kiedy ludzie usłyszeli tę historię, że Flinker został zamordowany, to kto mógł [z narodu żydowskiego] opuszczał Kalisz. My byliśmy w tej pierwszej sztafecie. Ale nikt nie myślał o Holocauście; my sobie nie wyobrażaliśmy, że coś takiego może się zdarzyć.
Na Rynku Dekerta, gdy stało się to nieszczęście, byliśmy dwa dni [do hali braci Szrajer i na Rynek Dekerta – obecnie Nowy Rynek – hitlerowcy do początku grudnia 1939 r. przesiedlili 10 tys. Żydów kaliskich, skąd wysyłano transporty do obozów zagłady]. Uciekliśmy stamtąd do dziadka na Długosza, a potem, gdy się dowiedzieliśmy, że ojciec został zastrzelony  – ja myślałem, że pozostał przy życiu – nie było żadnego sensu pozostać w Kaliszu.
Jesteśmy u dziadka, niesympatyczny czas się staje, bardzo niesympatyczny… Byliśmy wystraszeni bardziej niż wszyscy inni przez nagłą śmierć ojca. Bierzemy walizkę czy plecak, kilka manatków, i jedziemy do Łodzi. Ale tam też było niebezpiecznie. Jedziemy dalej, do Warszawy. Jest nadal 1939 r. Cała rodzina Flinker, matka ze mną, dziadek i babka Hiller, mieszkamy w jednym pokoju, w najgorszym hotelu w Warszawie, przy ul. Nalewki 14. Nazywaliśmy ten hotel Wanzenloch (z niem. dziura, pluskiew), bo wszędzie, na ścianach i na łóżkach chodziły pluskwy. Szybko zaczęliśmy szukać innego lokum. Znaleźliśmy pokój w domu, w którym ojciec mieszkał przed ślubem, wynajęliśmy go i tam mieszkaliśmy dość długo. W mieście Niemcy zaczęli zamykać getto.
Mój brat w tym czasie ciągle mieszkał osobno, czuł się Polakiem i tak wyglądał; był jasnowłosowym, przystojnym mężczyzną, w czasie wojny zmienił nazwisko na Zdzisław Kubicki. Cały czas pozostawał z nami w kontakcie, pomagał nam materialnie,  handlował jak mógł, przerzucał jedzenie. Pracował w firmie niemieckiej ochraniającej fabrykę Plutos – tej, której sklep firmowy działał przy Złotej w Kaliszu. Potem w lokalu Adria, przeznaczonym tylko dla wojska niemieckiego, pilnował, żeby Polacy tam nie wchodzili.
 Dopiero później mieliśmy się dowiedzieć, jaki był właściwy sens jego pracy. W czasie jednej z ulicznych łapanek Lucjan dostał się do więzienia na Pawiaku, ale udało mu się stamtąd wydostać. Złapano wówczas też innego kaliszanina, kolegę mojego brata z jednej klasy licealnej – Tadka Apta [rodzice Tadeusza Apta mieli kamienicę przy dzisiejszym Głównym Rynku, obecnie dom z popularną cukiernią i lodziarnią].
W Warszawie tymczasem Niemcy oczyszczają miasto z Żydów. Robi się źle z jedzeniem, głód. Przypomnieliśmy sobie, że jest jeszcze rodzina w Piotrkowie, gdzie getto – według dochodzących do nas informacji – było jeszcze otwarte. Pojechaliśmy tam, wzięliśmy jakiś pokoik.
Babcia i dziadek zostali w Warszawie. Spłonęli żywcem razem z innymi członkami naszej rodziny podczas powstania w getcie w 1943 r.
W Piotrkowie pracowałem przy robotach przymusowych u Niemców; miałem szczęście, bo trafiłem na porządnego chłopa. Ale szybko znów zaczęło robić się źle, zamykali getto. Przyjechał mój brat, który w tym czasie handlował w okolicach Galicji. Przywiózł informacje o obozach koncentracyjnych. O tym, że tam wykańczają Żydów dowiedział się od pijanych żołnierzy ukraińskich. Nadal nie chcieliśmy w to wierzyć. Ja byłem szczególnie zagrożony, bo miałem ciemne włosy i oczy. Brat postanowił za nas. „Kończymy z żydostwem” – oświadczył. Odtąd oficjalnie występowaliśmy jako chrześcijanie.     
Jedziemy w góry, do Rabki. Tutaj dowiadujemy się, że niedługi czas przed naszym przybyciem wymordowali wszystkich Żydów w tej miejscowości. Wrzucili ich do wspólnego grobu-dołu. Krew zabitych przesiąkła ziemię i dostała się do rzeki, tak że Raba, tamtejsza rzeczka, była całkiem czerwona. Tam już, jako chrześcijanie, się nie ukrywaliśmy. Ja też czułem się bezpieczniej, bo wśród śniadych górali tak się nie wyróżniałem. Pomagałem jakiemuś chłopu przy oraniu.  Ale i stamtąd trzeba było uciekać.
Znowu znaleźliśmy się w Warszawie. Był 1943 r., życie bardzo ciężkie. Wybucha powstanie w getcie. Mój brat organizuje przerzucanie ludzi, którzy stamtąd uciekają. Następuje likwidacja getta. Bezradnie patrzymy, jak wykańczają naszą rodzinę, babcię z dziadkiem, wujka… Nie ma rady. Tam wtedy zaczyna się ten nasz rok poza gettem… Było jeszcze gorzej. Trudno opowiedzieć, trzeba opisać tę historię w książce.
Dotrwaliśmy do powstania warszawskiego. Wtedy dopiero dowiedzieliśmy się, że mój brat był oficerem AK, że cały czas działał w podziemiu. Od pijanych żołnierzy w Adrii zdobywał informacje ważne dla ruchu oporu. Nie należałem do żadnej organizacji bojowej, ale w czasie powstania pomagałem przy przenoszeniu amunicji i żywności. Brata widzieliśmy wtedy trzy razy, był w mundurze, z opaską biało-czerwoną i z karabinem maszynowym na ramieniu. Jako oficer został przerzucony na ulicę Przyokopową, tam wybuchł szrapnel, który odebrał  mu życie. Ciężko ranny brat umarł na stole operacyjnym po przewiezieniu do szpitala przy Ślicznej. Został pochowany na ulicy. Jeszcze się kręciłem wśród powstańców, ale już wiedziałem, że w rodzinie zostałem tylko ja.    
Powstanie upada. Wszyscy Polacy muszą opuścić Warszawę. Kto wychodzi, jest badany w spodniach. Nie miałem wyjścia. Zostałem razem z dwoma Żydami i trzema Polakami-oficerami w bunkrach. I tak przeżyliśmy tam od 7 października aż do 17 stycznia 1945 r. Głód. W nocy wychodziliśmy na szaber, wodę czerpaliśmy z dołka, który wykopaliśmy. Gdy doszła do nas wiadomość, że Rosjanie weszli do miasta, opuściliśmy naszą kryjówkę. Przez lód przeszedłem na Pragę, tam w komitecie żydowskim na Targowej dostałem dwa kawałki chleba i 500 zł.
Życie zaczyna się na nowo. Wracam do Kalisza, mam ze sobą walizkę książek. Wchodzę do domu na Długosza 7, dom stoi pusty. Z tego czasu pamiętam dobrze jeszcze zaopatrzoną cukiernię poniemiecką przy ratuszu. Od razu tam poszedłem.    
Niesympatycznie zaczęło się robić po pogromie kieleckim [1946 r.], to był ten punkt zwrotny, zamordowano też kilku Żydów koło Turku i w Warcie. Tłumaczyłem książkę, z polskiego na hebrajski albo odwrotnie – już nie pamiętam – o wydarzeniach w Warcie, stąd dobrze je znam. Kończyła się ona łacińską sentencją: Sic transit gloria mundi (Tak przemija postać świata). W 1948 r. wyjechałem z Polski.

Komunizm
Przyjechałem z żoną do Kalisza na krótko przed wprowadzeniem stanu wojennego. W restauracji nic nie było do zjedzenia, można było zdechnąć z głodu. Była godzina dziesiąta, szliśmy Złotą i wtedy spostrzegłem ten bar mleczny [istnieje do dzisiaj]. Wchodzimy do środka – raj na ziemi – bułeczki świeże, pachnące, masło wiejskie, ser, dobra kawa, powiedzieliśmy sobie: najlepsza restauracja na świecie. Poszedłem tam ponownie teraz, zjadłem ogórkową ze śmietanką – była taka, jaką w domu się gotowało. Co polecają dzisiaj? – Jakub patrzy na reklamę przed  wejściem do baru. – Ryba w sosie greckim – czyta. – To może być niezłe, ale chodźmy…

Życie
Życie składa się z chwil złych i dobrych. Złe trzeba zapomnieć, a dobre przechowywać, żeby od czasu do czasu wspominać.

Wysłuchała i spisała
Anna Tabaka 

Reklama

Ja jestem Żyd z Kalisza komentarze opinie

  • Gość - niezalogowany 2019-11-30 19:28:39

    Jakub zmarł. W piątek był jego pogrzeb

Dodajesz jako: |
Reklama

Ogłoszenia PREMIUM

Chcesz coś sprzedać lub kupić, oferujesz usługi, szukasz pracownika lub pracy?

Dodaj swoje drobne ogłoszenie w naszym serwisie. Zapraszamy!

Dodaj ogłoszenie

Kalendarz

Najbliższe imprezy
Reklama
 Reklama

25 maja 2018 roku weszło w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nakłada na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych w plikach cookies

Oświadczam, iż zapoznałem sie z Polityką prywatności i zgadzam się na zapisywanie i przechowywanie w mojej przeglądarce internetowej tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie zaszyfrowanych w nich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania z innych stron internetowych, serwisów oraz parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych, w tym na profilowanie i w celach analitycznych przez zyciekalisza.pl, oraz ZAUFANYCH PARTNERÓW.

Administratorzy danych / Podmioty którym powierzenie przetwarzania powierzono

Idea Contact sp. z o.o. z siedzibą w Kalisz 62-800, Spółdzielcza 6

Cele przetwarzania danych

1.marketing, w tym profilowanie i cele analityczne
2.świadczenie usług drogą elektroniczną
3.dopasowanie treści stron internetowych do preferencji i zainteresowań
4.wykrywanie botów i nadużyć w usługach
5.pomiary statystyczne i udoskonalenie usług (cele analityczne)


Podstawy prawne przetwarzania danych


1.marketing, w tym profilowanie oraz cele analityczne – zgoda
2.świadczenie usług drogą elektroniczną - niezbędność danych do świadczenia usługi
3.pozostałe cele - uzasadniony interes administratora danych


Odbiorcy danych

Podmioty przetwarzające dane na zlecenie administratora danych, w tym podmioty ZAUFANI PARTNERZY, agencje marketingowe oraz podmioty uprawnione do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa.

Prawa osoby, której dane dotyczą

Prawo żądania sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania danych; prawo wycofania zgody na przetwarzanie danych osobowych. Inne prawa osoby, której dane dotyczą.

Informacje dodatkowe

Więcej o zasadach przetwarzania danych w "Polityce prywatności"