:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?
Historia, Miałem niewyparzoną gębę - zdjęcie, fotografia
Portal zyciekalisza.pl 06/01/2010 14:41

Wspomnienia działacza kaliskiej Solidarności

– Tak daleko idący kompromis nie był uzasadniony. Odczuwaliśmy rozgoryczenie i żal – mówi Bogdan Lisowski, działacz kaliskiej Solidarności, od 1986 roku na emigracji w Australii, komentując ustalenia Okrągłego Stołu

W 1980 roku Bogdan Li-
    sowski pracował w Kombinacie Budowlanym, jako inżynier elektryk. – Kiedy w lipcu wybuchły strajki, wstąpiłem do Solidarności. Dość szybko awansowałem w strukturach Związku. Zostałem delegatem na wybory założycielskie przy Kombinacie Budowlanym, potem przewodniczącym Komitetu Zakładowego Solidarności, a następnie delegatem na zjazd i członkiem zarządu regionu Wielkopolska Południowa. Dziwiłem się, że robotnicy wybrali inżyniera, ale zadecydowało to, że miałem niewyparzoną gębę i jeszcze przed Solidarnością reprezentowałem interesy moich kolegów-robotników przed władzami starego związku.

12 grudnia 1981 roku świętował Aleksandra. Do domu wrócił już po północy. „Panie Bogdanie, pytała o pana milicja” – szepnęła sąsiadka, kiedy wszedł na klatkę bloku. Specjalnie się tym nie przejął. Był pewien, że figuruje w milicyjnych kartotekach odkąd zajął się działalnością związkową i zainteresowanie swoją osobą uważał za całkowicie naturalne.
Trzynastego była niedziela. – Kiedy dzieci oznajmiły, że nie ma Teleranka czułem, że coś jest nie tak. Zdezorientowany poszedłem do Andrzeja Wojkowskiego, przyjaciela i działacza solidarnościowego – wspomina początek stanu wojennego.
Ponieważ Wojkowski też niewiele wiedział, więc razem poszli do siedziby zarządu regionu Solidarności, który mieścił się w późniejszym Pałacu Ślubów w Alei Wolności.
Ledwo zdążyli wejść do środka, kiedy budynek został otoczony przez SB. Esbecy przez megafon wezwali do opuszczenia budynku, a kiedy nikt nie posłuchał, zaczęli wyrzucać ludzi na ulicę.
– Większość rozeszła się do domów, ale kilka osób postanowiło spotkać się i zastanowić, co dalej robić – wspomina. – Po naradzie uznaliśmy, że jedyne, co w tej sytuacji możemy zrobić, to wystosować list protestacyjny. Wszelkie inne formy protestu odrzuciliśmy, jako zbyt ryzykowne.

Po powrocie do domu, już bez emocji oczekiwał na internowanie. Tego, że nastąpi, był niemal pewien. Przecież przyszli po niego już w nocy 12  grudnia...
Jednak przez kilka następnych dni nic nadzwyczajnego się nie działo. Nie przyszli.
– W Kaliszu zainteresowanie SB koncentrowało się na Śliwie i Pietkiewiczu, którzy byli działaczami naprawdę dużego, można powiedzieć krajowego, formatu. Zaangażowanymi patriotami, groźnymi dla systemu. Pozostali byli płotkami. W każdym razie, po 13 grudnia dali mi spokój. Przynajmniej na jakiś czas.
W poniedziałek, czternastego, poszedł do pracy. Drzwi jego gabinetu były jednak zamknięte. Dostał wezwanie do dyrektora.
– Oprócz niego w gabinecie był również sekretarz partii i jeszcze jeden cywil, jak się domyślałem – „opiekun” zakładu, czyli esbek. Zakomunikowali mi, że nadal jestem pracownikiem zakładu, ale nie mogę wrócić do ludzi, w teren. Przydzielono mnie na budowę szpitala w Pleszewie. Przedtem miałem nadzór nad kilkoma innymi placówkami i oczywiście większy kontakt z ludźmi. Chcieli to ograniczyć.
Przez kolejne dwa miesiące miał względny spokój. Po czym niespodziewanie otrzymał wypowiedzenie z pracy. Poszedł do dyrektora.
– Co to ma znaczyć? – spytał bez ogródek. „Poczekaj, zaraz będzie z tobą rozmowa” – usłyszał.
Po chwili do gabinetu weszli sekretarz partii i ten sam „opiekun”. Podsunęli do podpisania jakiś świstek, że nie będzie przeciwny Polsce Ludowej etc., etc...
Odparł, że nie jest przeciwny Polsce, tylko temu, co się w niej dzieje. „Nie utożsamiajcie Polski z tym systemem”.
Po takiej odpowiedzi nie oczekiwał, że dłużej popracuje w Kombinacie Budowlanym. A jednak. Niespodziewane wsparcie znalazł w osobie... sekretarza partii.
Ponieważ w Kombinacie Budowlanym nie wyrzucano partii na ulicę, on, czyli sekretarz proponuje, żeby zwolnienie z pracy zamienić na wypowiedzenie stanowiska pracy. I tak się stało. Z kierownika został zdegradowany do roli majstra na przygotowaniu produkcji.
– Chodziło o to, żebym na stałe siedział w zakładzie i nie kontaktował się z ludźmi. Pieniądze dostałem takie same. I to były w zasadzie jedyne represje, jakim w tym czasie podlegałem.
 
Związek po 13 grudnia
– Po 13 grudnia szeregi kaliskiej Solidarności znacznie stopniały. Z ok. 20 osób zaangażowanych w działalność związkową zostało 5: wspomniany Andrzej Wojkowski, nieżyjący już Marek Wiśniewski, Sławek Wichliński, Maryla Jaskiewicz i ja. Zajęliśmy się działalnością wydawniczą, redagowaliśmy gazetkę „Społeczeństwu do przemyślenia”. Szefa nie mieliśmy. Skontaktowaliśmy się z Bogusiem (Śliwą – przyp. pp) a przez niego z Tolkiem Pietkiewiczem, aby ważne informacje sygnować ich nazwiskami. Uzyskaliśmy zgodę Pietkiewicza i wyszło na to, że on nam szefuje – wspomina Bogdan Lisowski.
– Z redakcją współpracowali również Czesław Kurzajewski, późniejszy poseł na Sejm I kadencji, doktor Węgrzyn, Robaczewski i wielu innych, których już dziś nie pamiętam. Wojkowski zajmował się zbieraniem materiałów, a ja redakcją i drukiem. Druk odbywał się w prywatnym mieszkaniu Aleksandrzaka – przyrodniego brata Wojkowskiego. Zaczęliśmy od numeru drugiego, aby panowie z SB zastanawiali się co się stało z pierwszym i go szukali.
Nakład gazetki zależał głównie od ilości farby i papieru, jaki udało się skombinować. Dużo zawdzięczali jednej z pracownic Kombinatu Budowlanego, która wspierała redakcję papierem, farbą i innymi materiałami biurowymi. Oprócz tego każdy znosił co tylko mógł. Przeciętnie nakład wynosił pięćset sztuk, czasami tysiąc. Jakość była kiepska, bo druk odbywał się na prymitywnym powielaczu.
Chyba, że drukowali na offsecie, kiedy Wojkowski znajdował „dojście” w szpitalu na Toruńskiej. Ale to nie zdarzało się często. 
– Normalnie druk odbywał się a to gdzieś za więzieniem, a to u kogoś na Majkowie, lub w mieszkaniu u mojego szwagra. O innych miejscach nie wiem, bo szczerze mówiąc, czasami nie chcieliśmy wiedzieć – wspomina działacz.
Kolportaż był tak zorganizowany, że poszczególne ogniwa nic o sobie nie wiedziały. Gazety trafiały najczęściej na klatki schodowe bloków, do zakładów pracy. Najgorzej było w WSK, z uwagi na dość szczegółowe kontrole przy wejściu.
– Kiedyś kogoś złapali z kilkoma broszurami i miał kłopoty w SB. Tłumaczył, że znalazł na ulicy.

Czuliśmy oddech bezpieki na plecach
Przesłuchania na SB nie były może codziennością, ale normą. Początkowo próbowali zawiadamiać Lisowskiego przez pocztę, ale wezwania konsekwentnie darł i wyrzucał. „Jakich listów?” – udawał głupiego, kiedy pytali dlaczego nie odbiera wezwań. „A czy ja w ogóle muszę odbierać jakiekolwiek listy?!” – ripostował. I wtedy wzięli się na sposób – zabierali go na przesłuchania prosto z zakładu pracy. 
Na przesłuchaniach zawsze było tak samo. Żeby się przyznał, bo oni i tak wszystko wiedzą.
– Jak wszystko wiecie, to po co wam moje zeznania? – odcinał się.
Wtedy zmieniali taktykę, próbowali „po przyjacielsku”. Wiedzieli, że jest wędkarzem. Czasami chcieli umawiać się z nim... na kawę.
– Z panem? Żeby mnie ktoś opluł na ulicy?
–  Jak pan tak może mówić? – oburzał się esbek.
– Ani pan mój kolega, ani znajomy. O rybach to ja wolę porozmawiać z przyjaciółmi.
Kiedyś „przesłuchanie” odbywało się w salce dyrektora. Dwóch panów namawiało go, żeby się ujawnił. W końcu odezwał się dyrektor: „Panie Bogdanie, niech pan wreszcie się ujawni”.
„To może razem się ujawnimy”? – zaproponował przełożonemu.
„A ja z czego?” – dyrektor aż podskoczył na fotelu.
„A ja z czego?”.
Był to etap namawiania do współpracy. Ponieważ nic z tego nie wyszło, SB zaczęła etap zastraszania.
– Przychodzili do domu, walili do drzwi i grozili, że je wyważą. Co było robić, żona otwierała. Straszyli, że jak mnie zamkną, to dzieci nie będą miały z czego żyć, itd. Nawet nachodzili je w szkole i opowiadali, że ojciec to kryminalista i złodziej. Grozili. „Niech się pani dobrze zastanowi – mówili do żony – dzieci chodzą po ulicach, może je samochód potrącić, dachówka spaść na głowy...”. Próbowali oczerniać mnie między sąsiadami, co prawdę mówiąc na niewiele się zdało, bo większość sąsiadów doskonale mnie znała.
Próbowali też od drugiej strony, kiedy był na przesłuchaniach. „Ty tu sobie siedzisz, a nie wiesz, co my z twoją żoną robimy, dziećmi...”
Namawiali, żeby opuścić Polskę. „Sami sobie jedźcie, najlepiej do Moskwy, tam wasze miejsce. Ja jestem Polakiem i Polski nie opuszczę” – odpowiadał spokojnie. Ale żona była kłębkiem nerwów.

Internowanie
31 sierpnia 1982 roku, po południu, usłyszał walenie do drzwi. „Proszę się ubierać, pójdzie pan z nami”. Pojechali na Jasną, pokazali nakaz aresztowania. Prze dwie doby siedział z jakimś bardzo ciekawskim gościem, niby więźniem, który lubił zadawać dużo pytań.
Po dwóch dniach, kiedy nie otrzymał jeszcze zarzutów, nie wiedząc, jaki jest jego status, powiedział: – Jeśli jestem internowany, to poproszę o radio, telewizję i prasę, bo tak Jaruzelski obiecał. 
– 2 września wezwali mnie na przesłuchanie, a potem wsadzili do nyski. Po kilku godzinach jazdy, skuci po dwóch, jak pospolici przestępcy, trafiliśmy do Grodkowa w Opolskiem. Szczegółowa rewizja i wejście na oddział wypełniony działaczami Solidarności Wrocławskiej. „O, nowi turyści przyjechali” – powitali przybyszy.
Gdyby nie jedzenie, warunki byłyby całkiem znośne – cele otwarte, spacery po korytarzach. Na szczęście więzienne menu urozmaicały paczki z Czerwonego Krzyża.
Monotonię pobytu za kratami „poprawiały” osławione ścieżki zdrowia. Dwa razy dziennie wychodzili na spacerniak. Czasami wracali bez przeszkód, a czasami... przez szpalery „dzielnych” chłopaków z ZOMO z pałami w ręku.
– Nie zdarzało się, żeby nie dostać „rabarbarem” po plecach – wspomina Bogdan Lisowski.
11 grudnia 82 roku, po ponad trzech miesiącach pobytu w odosobnieniu został zwolniony. Co nie oznaczało, że bezpieka dała mu spokój. 

Na australijskiej ziemi
Po kilku latach znaczonych pracą w podziemiu, przesłuchaniami, groźbami i zastraszaniem, nie wytrzymała żona Lisowskiego. W 1986 roku wsiadła w pociąg i pojechała do Warszawy, do ambasady australijskiej, bo w tym czasie, jedynie Australia przyjmowała jeszcze emigrantów politycznych z Polski.
– Podjęła decyzję za siebie i za mnie. Nie wytrzymała napięcia, stała się kłębkiem nerwów – wspomina działacz. – Nadal nie chciałem emigrować, ale była zdeterminowana. „Pamiętaj, żebyś kiedykolwiek w życiu nie żałowała, że tam pojechaliśmy” – ostrzegałem. Ale cóż miałem robić? „Rozwodów nie przeprowadzamy” – żartowali pracownicy ambasady.
Złożył dokumenty w Wydziale Paszportowym, ale procedury trwały tak długo, że skończyło się przyrzeczenie wizy. Musieli załatwiać jeszcze raz.
– Niby władza chciała się nas pobyć, ale jeszcze musiała pokazać, kto tu górą.
W końcu jednak dostali wizy i bilety. Z czterema walizkami i kilkudziesięciu dolarami w kieszeni, w lipcu 1986 roku, rodzina Lisowskich postawiła stopy na australijskiej ziemi, w Sydney.
– Otrzymałem status bezrobotnego, zasiłek, mieszkanie z trzema sypialniami oraz konto bankowe, z którego odciągano nam za czynsz i jedzenie w miejscowej stołówce. Dzieci poszły do szkoły dla emigrantów, a wszyscy zaczęliśmy naukę języka angielskiego. Z pieniędzy, jakie otrzymywaliśmy zostawało nam ok. 20 dolarów australijskich na drobne wydatki.
Któregoś dnia postanowili odwiedzić przyjaciół z wcześniejszej fali emigracyjnej, którzy zamieszkali w Canberze. A ponieważ stolica Związku Australijskiego przypadła im do gustu, zostawili dzieci pod opieką przyjaciół, wrócili po rzeczy do Sydney i przenieśli się na stałe do Canberry.
Wkrótce Lisowski podjął pracę przy budowie gmachu australijskiego parlamentu. Co prawda nie znał jeszcze języka, ale umiał czytać dokumentację. Pracował jako zwykły elektryk na wielu budowach, jednocześnie podnosząc kwalifikacje. Po 10 latach uzyskał australijski dyplom inżynierski i stanął przed perspektywą pracy... za biurkiem.
– Nie zgodziłem się, bo zawsze lubiłem pracę z ludźmi – mówi.

Socjalizm po australijsku
Po przyjeździe do Canberry, Lisowscy wynajmowali kilkupokojowe mieszkanie. Państwo dopłacało im do czynszu, bo poziom zarobków kwalifikował ich do pomocy socjalnej. Dopłaty się skończyły, kiedy zaczął więcej zarabiać. Za namową szefa chętnie brał nadgodziny bo, jak twierdził chciał, żeby jego dzieci miały takie same warunki, jak dzieci Australijczyków. Ale przyszedł moment, że tego pożałował.
– Rząd australijski rozdaje domy. Oczywiście nie wszystkim. Warunkiem, jest określony, niski poziom dochodów. I wtedy wyliczyłem, że moje zaangażowanie może mnie drogo kosztować. Na szczęście  mój wspomniany wcześniej szef, który tak motywował mnie do pracy w nadgodzinach, był Chorwatem.
– Nie przejmuj się – powiedział beztrosko i na zaświadczeniu o zarobkach wpisał mi kwotę... o dolara niższą od wymaganej. Australijczyk nigdy by czegoś takiego nie zrobił.
I tak, dzięki słowiańskiej solidarności, w Wielki Piątek wprowadziliśmy się do swojego nowego domu z ogródkiem.
– Obecnie mieszkam  we własnym wygodnym domu w Canberze – stolicy Australii, po 23 latach życia na emigracji. Miasta Perth i Sydney były moimi przystankami życiowymi na drodze poszukiwania lepszej pracy. Nadal tęsknię za Polską i Kaliszem, ale takie są nieprzewidywalne koleje życia.
Teraz, kiedy w Polsce jest zima i śnieg, w Canberze upały – lato i 32 stopnie ciepła, ale w naszym domu święta i choinka. Tak jak zawsze w Polsce.

Wysłuchał: Piotr Piorun
W spotkaniu uczestniczył również Andrzej Grzegorek, działacz Solidarności i kolega Bogdana Lisowskiego
 

Reklama

Miałem niewyparzoną gębę komentarze opinie

Dodajesz jako: |
Reklama

Ogłoszenia PREMIUM

Mieszkanie 2 pokojowe przy ul.

Mieszkanie 2 pokojowe 38 m2 po remoncie wynajmę dla osób niepalących. 1200zł+media+ czynsz


Reklama
 Reklama

25 maja 2018 roku weszło w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nakłada na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych w plikach cookies

Oświadczam, iż zapoznałem sie z Polityką prywatności i zgadzam się na zapisywanie i przechowywanie w mojej przeglądarce internetowej tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie zaszyfrowanych w nich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania z innych stron internetowych, serwisów oraz parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych, w tym na profilowanie i w celach analitycznych przez zyciekalisza.pl, oraz ZAUFANYCH PARTNERÓW.

Administratorzy danych / Podmioty którym powierzenie przetwarzania powierzono

Idea Contact sp. z o.o. z siedzibą w Kalisz 62-800, Spółdzielcza 6

Cele przetwarzania danych

1.marketing, w tym profilowanie i cele analityczne
2.świadczenie usług drogą elektroniczną
3.dopasowanie treści stron internetowych do preferencji i zainteresowań
4.wykrywanie botów i nadużyć w usługach
5.pomiary statystyczne i udoskonalenie usług (cele analityczne)


Podstawy prawne przetwarzania danych


1.marketing, w tym profilowanie oraz cele analityczne – zgoda
2.świadczenie usług drogą elektroniczną - niezbędność danych do świadczenia usługi
3.pozostałe cele - uzasadniony interes administratora danych


Odbiorcy danych

Podmioty przetwarzające dane na zlecenie administratora danych, w tym podmioty ZAUFANI PARTNERZY, agencje marketingowe oraz podmioty uprawnione do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa.

Prawa osoby, której dane dotyczą

Prawo żądania sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania danych; prawo wycofania zgody na przetwarzanie danych osobowych. Inne prawa osoby, której dane dotyczą.

Informacje dodatkowe

Więcej o zasadach przetwarzania danych w "Polityce prywatności"