:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?
Historia, Początki kaliskiej Solidarności - zdjęcie, fotografia
Portal zyciekalisza.pl 25/10/2007 14:09

Wspomnienia Andrzeja Orczykowskiego, działacza kaliskiej Solidarności w 25 rocznicę Sierpnia

– Nie uwierzę, to jakaś cholerna mistyfikacja – kręcił głową z niedowierzaniem solidarnościowy działacz, oglądając na australijskiej ziemi przesłane z Polski zdjęcia swych niedawnych towarzyszy w objęciach niedawnych wrogów. Spocone twarze, rozchełstane koszule, przekrwione od wódki i tytoniowego dymu oczy. Okrągły Stół, Magdalenka

– Czasami sam sobie zadaję pytanie czy dziś, po piętnastu latach tzw. transformacji, znaczonej gigantycznymi aferami, obłudą i cynizmem tych, których kiedyś uważałem za towarzyszy, czy mając tą wiedzę, podjąłbym się walki jeszcze raz? I nie potrafię sobie jednoznacznie odpowiedzieć. Czy byłem uczestnikiem wydarzeń wielkich, epokowych, autentycznych, czy marionetką w rękach politycznych hochsztaplerów i cwaniaków w wielkim, starannie wyreżyserowanym spektaklu? Jaka jest prawda? – zastanawia się po 25 latach Andrzej Orczykowski, radomianin z urodzenia, kaliszanin z wyboru, działacz Solidarności z 1980 r.

Nie musiał, ale chciał
25 lat temu miał 29 lat, młodą żonę, dwójkę małych dzieci i dyplom inżyniera w kieszeni. Funkcja zastępcy kierownika wydziału przędzalni w kaliskim Runoteksie nie była może szczytem jego marzeń, ale był na tyle młody, że mógł liczyć na kolejne awanse. Wystarczało nie wychylać się.
– Na początku września, już po podpisanych porozumieniach w Gdańsku i Szczecinie, jako pierwszy w Kaliszu zastrajkował Runotex. Wysuwano postulaty socjalne i płacowe – 1000 zł podwyżki dla każdego. Dopiero pojawienie się Bogusława Śliwy i Tolka Pietkiewicza spowodowało, że strajk nabrał również charakteru politycznego. Z ich osobami związany jest początek budowy struktur Solidarności w Kaliszu – wspomina po latach.
Na początku pan Andrzej nie brał aktywnego udziału w pracach Komitetu Strajkowego. Jego rola sprowadzała się do zapewnienia strajkującym robotnikom, głównie kobietom, godziwych warunków strajkowania. Obligowała go do tego jego kierownicza funkcja.
– Dopiero po kilku dniach od przedstawicieli komitetu usłyszałem pytanie, czy chcę być razem z nimi. Zanim podjąłem decyzję, poprosiłem o opinię nieżyjącego już inż. Andrzeja Szubiaka, mojego bezpośredniego przełożonego i byłego szefa Automobilklubu Kaliskiego, który w okresie stanu wojennego, jako jedyny z kadry kierowniczej Runoteksu, za sympatię okazywaną Solidarności poniósł konsekwencje w postaci natychmiastowego wyrzucenia z pracy. „A co się zastanawiasz, jak cię proszą, to idź. Oni potrzebują pomocy, a ty potrafisz im pomóc” – usłyszał.
W krótkim czasie do strajkującego Runoteksu dołączyły inne duże zakłady: Winiary, WSK. W każdym z nich powstały, jeśli jeszcze nie formalne, to przynajmniej tymczasowe struktury niezależnych związków, których przedstawiciele mieli wkrótce utworzyć MKZ – Międzyzakładowy Komitet Założycielski NSZZ Solidarność – organ, który mógł reprezentować Kalisz na forum krajowym. Miejscem spotkania był Dom Kultury Włókniarz przy ul. Piskorzewie. Wybrano władze związku. Przewodniczącym został Antoni Pietkiewicz, zastępcą – Bogusław Śliwa, członkami prezydium: Marek Stachowiak, Walenty Wawrzyniak, Andrzej Orczykowski i Krzysztof Radziłowicz.
– Następnego dnia udaliśmy się do ówczesnego prezydenta miasta – Andrzeja Spychalskiego, informując o powstaniu MKZ-u, co przyjął do wiadomości i przydzielił nam, na naszą prośbę, lokal – pięć pomieszczeń przy zbiegu Górnośląskiej i Staszica.

Z cieniem
za plecami
Pierwsze dni działania nowej struktury zdominowały      sprawy organizacyjne, choć bardzo dużo czasu poświęcano tworzącym się strukturom związku w terenie.
– Jeździliśmy w najodleglejsze zakątki województwa, pomagając w organizacji struktur Solidarności – wspomina Orczykowski. – I od początku mieliśmy świadomość tego, że ilekroć wsiadaliśmy do naszego wysłużonego fiata 125p, zawsze towarzyszył nam „cień”. Dlatego jeśli było to możliwe, staraliśmy się jeździć po dwóch, trzech. Obowiązkowo, jeśli spotkania odbywały się po południu, a powroty wieczorami.
Oddech bezpieki poczuli od momentu, kiedy zaczęli działać w MKZ.
– Wcześniej byliśmy zwykłymi, niewartymi zainteresowania robotnikami i inżynierami. Wyjątkami w tym gronie byli Tolek i Boguś, którzy bezpiece byli znani znacznie wcześniej – ocenia Orczykowski. – Oczywiście SB korzystała również z bardziej aktywnych form inwigilacji,  miała swoich ludzi  w naszych szeregach. Nie w ścisłym kierownictwie, tego jestem pewien, ale np. w radach wydziałów. Podrzucali nam ludzi, którzy albo dobrze znali członków prezydium, albo nawet byli z nimi spokrewnieni.
W tych zmaganiach wszystkie atuty były w rękach przeciwnika. Związkowcy mieli tego świadomość, dlatego nawet nie wysilali się na bardziej wyrafinowane metody konspiracji.
– Były jednak takie zagadnienia, które wymagały pewnej tajności. Te staraliśmy się omawiać „przy drzwiach zamkniętych”, w naszych mieszkaniach. 25 lat żyłem w przekonaniu, że mieliśmy na tym polu pewne sukcesy. Do czasu, kiedy niedawno przeglądałem archiwa IPN-u na mój temat. Na zdjęciach Tolek, Boguś, ja... w moim mieszkaniu.  Wiedzieli o nas wszystko.
„Panie Orczykowski, są tu” – ostrzegali sąsiedzi. „Wiem” – odpowiadałem, kiedy o nietypowej porze wracałem do domu. Śledzili nas non stop, nie ukrywając specjalnie tego przed nami. Myślę, że ten brak profesjonalizmu czy raczej niedyskrecja, były zamierzone. Chcieli, abyśmy wiedzieli, że mają nas na oku, chcieli nas w ten sposób zastraszyć. Nie słyszałem natomiast, przynajmniej w tym pierwszym okresie, o przypadku użycia przemocy.
Po wydarzeniach bydgoskich w marcu 1981 r., kiedy wydawało się, że nastąpi eskalacja takich zdarzeń, Andrzej Orczykowski odbył rozmowę z pułkownikiem Skoczkiem, komendantem wojewódzkim MO. – Interweniowałem, kiedy na terenie FWR Runotex uaktywnili się, specjalnie tego nie ukrywając, oficerowie SB. „Niech oni stąd znikną, bo ktoś będzie miał przyłożone drągiem” – usłyszałem od szeregowych członków związku.
Pomogło. Następnego dnia zjawili się panowie z przeprosinami. Przedstawili kilku oficerów, którzy mieli sprawować nad Runoteksem pieczę „z urzędu”, jako zakładem państwowym, wymagającym ustawowej kontroli. Reszta zniknęła.

Propaganda
Bogusław Śliwa miał świetne kontakty z niezależnymi wydawnictwami. Poprzez nie udało mu się w krótkim czasie sprowadzić maszyny poligraficzne. Słowo pisane, propaganda, były jednym z głównych celów działalności nowo powstałego związku.
 – Te maszyny umożliwiły nam masową produkcję „bibuły”, czyli ulotek, a nawet książek, których próżno byłoby szukać w księgarniach. Robiliśmy również przedruki materiałów dostarczanych przez paryską „Kulturę” i KOR. Większość z myślą o edukowaniu społeczeństwa w zakresie podstaw demokracji, np. interpretacji Konstytucji, zachowania podczas zatrzymania czy aresztowania – co obywatelowi wolno, a czego nie. Działalność poligraficzna tak się rozrosła, że obsługiwaliśmy dużą część Wielkopolski, a nawet Śląsk – mówi Andrzej Orczykowski.

To nie jest tylko
ruch związkowy
Działacze nowo powstałego związku bardzo szybko uświadomili sobie, że ich działalność wykracza znacznie poza statutowo określone zadania.
– Owszem, mnóstwo czasu, pomijając sprawy organizacyjne, poświęcaliśmy sprawom bytowym i socjalnym, rozwiązywaniu problemów zwykłych ludzi, organizowaniu wypoczynku, zwalczaniu niekompetencji urzędników etc., jednak w czasie dyskusji w węższym gronie, podczas kontaktów z innymi grupami, członkami Komisji Krajowej pojawiały się ostrożnie artykułowane nadzieje, że być może zapoczątkowaliśmy proces, który przyniesie większe zmiany, zmiękczenie systemu czy jego powolną erozję – wyjaśnia Orczykowski.
Większość jeszcze wierzyła, że socjalizm z ludzką twarzą jest możliwy, czego wyrazem w sferze politycznej byłaby np. reprezentacja Solidarności w parlamencie. Dalecy natomiast byli od jakichkolwiek rozwiązań siłowych, zdając sobie sprawę, że zbyt duża presja na władzę musi nieuchronnie prowadzić do konfrontacji, w której władza miałaby pały, karabiny i czołgi, a oni... pięści.
 – Naszym orężem było słowo: niepisane i pisane. Pewnie mało kto wie, że „Posłanie do narodów Europy Wschodniej” – dokument opublikowany w czasie zjazdu Solidarności w Gdańsku, który odbił się dużym echem w całej Europie Środkowo-               -Wschodniej, zainicjowali i opracowali działacze Solidarności z naszego regionu.

Wrzenie
Jesienią 1981 r. podczas Krajowego Zjazdu Solidarności w Gdańsku dało się wyczuć podwyższony stan napięcia w kraju. 
– W tym czasie władza zaczęła coraz częściej wprowadzać na teren fabryk oficerów LWP jako tzw. komisarzy, oficjalnie w celu poprawy efektywności gospodarowania i porządku. Stało się jasne, że do głosu „na górze” doszli twardogłowi, zwolennicy rozwiązań siłowych – wspomina pan Andrzej. – Komisja Krajowa, opierając się na materiałach dostarczanych przez wywiady państw zachodnich, też nie ukrywała, że istnieje groźba interwencji z zewnątrz. Byliśmy przygotowani na ofiary, pamiętaliśmy doskonale Grudzień 70.
Dyrektywy, jakie zapadały na zebraniach, wykluczały jakikolwiek zbrojny opór. Po wielogodzinnej debacie na zarządzie okręgu jesienią 1981 r. zgodziliśmy się, że jedynym naszym orężem pozostanie strajk generalny, o ile nie zaistnieje groźba pacyfikacji. Tu wyznaczyliśmy granicę naszego oporu. W przypadku Runoteksu było to o tyle istotne, że jego załogę w większości stanowiły kobiety.

Noc generała
12 grudnia Andrzej Orczykowski był na delegacji w Polanicy, gdzie w sądzie pracy z kolegami bronił pracowników tamtejszego ośrodka wczasowego.
– Po obejrzeniu dziennika, a w nim relacji z posiedzenia KK opatrzonej odpowiednim komentarzem, stało się jasne, że jest już blisko – wspomina.  – Jak blisko? Byliśmy przekonani, że do świąt Bożego Narodzenia mamy czas. Tu się myliliśmy.
W Polanicy po raz pierwszy fizycznie odczuli obecność służb. Kiedy zapadła decyzja o powrocie do Kalisza, okazało się, że w wypożyczonej przez dyrekcję służbowej nysce brakuje... paliwa. Zniknęły również zapasowe kanistry.
– Prawdopodobnie miałem zostać „zwinięty” już tam – mówi Orczykowski. 
Z pomocą przyszli jednak koledzy z ośrodka, którzy znali kierowców miejscowego pogotowia. Benzynę dało się załatwić.
– Popołudniem 12 grudnia wracaliśmy do Kalisza. Kilkanaście kilometrów przed Wrocławiem ruch zatrzymała duża kolumna wojska: transportery opancerzone, czołgi. Nas przepuścili. Na rogatkach Wrocławia podobny widok – miasto-garnizon. Wtedy uświadomiłem sobie, że zostały może godziny. „Panie Heniu, daj pan w gaz, ja chcę jak najszybciej być w domu” – powiedziałem do kierowcy. Kiwnął głową bez słowa i klucząc bocznymi, czasami leśnymi drogami, dowiózł nas do Kalisza.
W domu, z telefonu sąsiada, zdołał jeszcze krótko porozmawiać ze Śliwą.
–  Zanim połączenie zostało przerwane, powiedziałem mu, co widziałem po drodze.  A potem zacząłem przygotowywać się do aresztowania.
Tu znów się przeliczył, myśląc, że ma czas do poniedziałku. Położył się spać. Na krótko. Około g. 10 wieczorem obudziła go żona:  – „Wiesz, do tych, którzy stale się tu kręcą, dołączyły jeszcze dwa samochody. Myślę, że to do ciebie”.
Po chwili zapukał sąsiad z dołu:
– „Panie Orczykowski, byłoby lepiej, jakby pana w domu nie było”.
Ucieczka nie miała żadnego sensu. Nie było nawet takiej możliwości. Mogliby zatrzymać go pod byle pretekstem. Został.
Minutę po północy nocną ciszę przerwał łomot do drzwi.
– „Kto tam?” – drżącym głosem spytała żona.
– „Milicja. Mamy nakaz aresztowania pana Andrzeja Orczykowskiego”.
„Powiedz im, że nakaz prokuratorski obowiązuje od 6 rano do 22” – szepnął do żony.
Powtórzyła.
– Usłyszeliśmy, że jeśli nie otworzymy drzwi, to je wyważą.
Pomyślał chwilę. Jest środek nocy, mróz, w mieszkaniu dwoje małych dzieci, a za drzwiami zdeterminowani ubecy, którzy mają gdzieś  opowiastki na temat praworządności. Oni po prostu muszą go „zwinąć”. Otworzył.
Na klatce schodowej zamajaczyły sylwetki trzech mundurowych i dwóch cywili dowodzonych przez młodego człowieka w nowiutkim mundurze porucznika milicji. – W rzeczywistości był podporucznikiem LWP – wyjaśnia pan Andrzej.
Mundurowy machnął Orczykowskiemu przed oczyma wnioskiem o aresztowanie. Ledwie zdążył dostrzec swoje nazwisko i pieczątkę komendy wojewódzkiej. „Niech pan mi pozwoli to przeczytać, żebym wiedział, co to jest” – zaprotestował.
„(...) Z uwagi na to, że przebywanie na wolności zagrażałoby bezpieczeństwu państwa, postanawia się obywatela internować i osadzić w areszcie śledczym w Ostrowie Wlkp.” itd.
„Przygotuj mi parę ciepłych rzeczy” – zwrócił się do żony. „Tak, tak” – wtrącił porucznik. – „Tam, gdzie pan będzie, potrzebne będą ciepłe rzeczy”.
Z barku wyciągnął kilka paczek papierosów i trochę pieniędzy z portfela, co widząc, mundurowy skomentował: „Pieniądze nie będą panu potrzebne”.
– Nogi ugięły się pode mną. Gdzie oni chcą mnie wywieźć? Do Ruskich, na Syberię? Przecież w każdym pierdlu w Polsce potrzebne są pieniądze.
Na wszelki wypadek wziął pieniądze, papierosy, założył ciepłą odzież i oznajmił: „Jestem gotów”.
– Po wyjściu z mieszkania założyli mi kajdanki. Wsadzili do samochodu. Ja pośrodku, po bokach szpicle, z przodu – porucznik.
„Dokąd mnie zabieracie?” – spytał. „Dowiesz się” – pan porucznik już nie był tak miły.
– „A teraz nie mogę?”
– „Nie”.
Przez szybę samochodu dostrzegł, że jechali w stronę Ostrowa. Do aresztu śledczego jednak nie dotarli, ale do punktu przeładunkowego – komendantury SOK w Ostrowie.
Na placu przed budynkiem ze dwudziestu paru milicjantów-przebierańców.
– Kazali mi wysiąść. Podszedłem bliżej, a oni rozstąpili się, tworząc szpaler. „Oho! – pomyślałem – Radom”.
Z duszą na ramieniu zrobił kilka kroków w oczekiwaniu na pierwszy cios. I wtedy w świetle latarni stojącej na podwórzu dostrzegł, że wataha mundurowych to sama szarża. „Chyba panowie porucznicy, kapitanowie i majory nie będą pałami lać” – uspokoił się. „Do tej roboty mają innych”.
W baraku, do którego go wepchnęli, był pierwszym i na razie jedynym więźniem; Śliwy nie dorwali, Pietkiewicz był w Gdańsku.
– Siedziałem na korytarzu sam, mróz jak cholera – wspomina. Zauważył, że drzwi na podwórze są niedomknięte. Przez moment pomyślał o ucieczce, kajdanki zdjęli mu przy wysiadaniu z samochodu. „A jeśli to prowokacja?!” – przemknęło mu przez głowę. „Albo dostanę pałą za rogiem, albo...”. Myśl, że podczas próby ucieczek zdarzają się różne rzeczy, ostudziła nieco jego rozpaloną głowę. Postanowił czekać.
Po około dziesięciu minutach do baraku weszło dwóch cywili. Wprowadzili więźnia do obskurnego pokoju, którego całe wyposażenie stanowiły stary stół i dwa krzesła. W świetle lampy, za stołem dostrzegł oficera milicji w stopniu porucznika.
„Siadaj!” – warknął. Dwa osiłki – cywile stanęli za jego plecami.
Milicjant położył przed Andrzejem decyzję o internowaniu, którą widział w momencie aresztowania.
„Przeczytaj i podpisz” –  śledczy podsunął mu jeszcze jeden świstek. „Decyzją Rady Państwa z dnia.... itd”.
– Zauważyłem, że brakowało daty. Poza tym z jego treści wynikało, że mam zaakceptować to, co się wydarzyło. Odmówił.
„Niczego nie podpiszę” – odpowiedział. – „To, co się stało, to jest bezprawie. Zostałem aresztowany [świadomie nie użył słowa „internowany”] minutę po północy, a nie sądzę, aby Rada Państwa zdążyła taką decyzję podjąć przez jedną minutę”.
– Myślałem, że może mi coś zrobią. Ale nie. Wyprowadzili mnie na zewnątrz i zawieźli do aresztu śledczego.

Na styropianie
„Trzymaj łapy w górze!” – stażnik starał się przypomnieć więźniowi, że nie trafił do przedszkola.
– Rozebrali mnie prawie do naga, przeszukali, zabrali zegarek, pieniądze i inne drobiazgi, rzucili więzienne łachy i poprowadzili schodami w dół, do piwnicy.
Kiedy drzwi z hukiem zamknęły się za nim, rozejrzał się po celi. W świetle słabej żarówki zauważył kilka piętrowych prycz, stertę starych materaców i umywalkę – całe wyposażenie pomieszczenia. Na ścianach srebrzył się szron, a z kranu zwisały sople lodu. Był sam.
Za półtorej godziny dostał współtowarzysza, działacza spółdzielni Przełom z Kalisza, później zaczęli dołączać kolejni – z Kalisza, Ostrowa, Jarocina, Kępna, Ostrzeszowa.
– Taka była moja pierwsza noc „na styropianie”.
Po kilku dniach aresztowanych przenieśli z zimnej piwnicy do nieco cieplejszych cel na piętrach. Z kołchoźnika puścili przemówienie Jaruzelskiego i informacje o wydarzeniach w kopalni Wujek.
Więźniowie upadli na kolana i zaczęli się modlić, o spokój.
– Miałem wrażenie, że chcieli nam dać do zrozumienia, co może nas spotkać w razie oporu – ocenia Andrzej Orczykowski. – Bałem się, że jeśli wystąpią kolejne protesty, a władza nie będzie w stanie ich opanować, mogą zlikwidować liderów. Tak wtedy myślałem.
Spacery, modlitwa, śpiewanie pieśni religijnych – tak wyglądał dzień w więzieniu.
– Jedzenie było nędzne, ale już wkrótce zaczęły przychodzić paczki od rodzin, znajomych i Kościoła. Z braku lodówek wystawialiśmy je za okna; wyglądały jak wystawy dzisiejszych delikatesów. Masło w puszkach, dobre konserwy, wędliny, słodycze. Klawisze przełykali ślinę i wzdychali, że „bandyty” – tak nas nazywali – żrą jak królowie.
Już po wyjściu z aresztu dowiedział się od żony, że godzinę po aresztowaniu w jego mieszkaniu zjawił się Bogusław Śliwa z ostrzeżeniem.
– Za późno, panie Bogusławie, za późno.

Na celowniku
Wolność odzyskał stosunkowo szybko, święta Bożego Narodzenia spędzał już w domu. Domyśla się, że był puszczony „na wabia”.
– Polowali na Tolka i Bogusława, którzy ciągle przebywali na wolności. Przypuszczali, że będą usiłowali skontaktować się ze mną i stąd ta łaskawość.
Pomogło też poręczenie, jakie złożyła załoga Runoteksu.
Przez pierwsze tygodnie chodził regularnie meldować się na komendę, a pod koniec stycznia 1982 r. wrócił do pracy na to samo stanowisko. Czuł, że jest obserwowany.
– I nie myliłem się. Później dowiedziałem się, że w swoim gabinecie miałem kamery, a telefon był na podsłuchu.
Był obserwowany również przez swoich. Nierzadkie były przypadki łamania charakterów i kolaboracji z reżimem. Do pracy związkowej wrócił po trzech miesiącach, ale dla bezpieczeństwa kontakty z nim ograniczono do trzech osób. Z Antonim Pietkiewiczem, który ukrywał się w klasztorze w Warszawie, kontaktował się przez kurierów.
Tymczasem w Runoteksie powstała Tymczasowa Komisja Zakładowa, o czym poinformowano na okolicznościowej „bibule”.
– Ubecję szlag trafił. Przetrząsnęli mi chałupę, domyślając się, że mogę być autorem tej informacji. Oczywiście niczego nie znaleźli.
Z tej historii wyniósł cenne doświadczenie na przyszłość – SB mogło identyfikować autorów tekstów... po stylu. Dlatego w przyszłości, aby uniknąć podobnych niespodzianek, kiedy chciał cokolwiek napisać, mówił swojej współpracownicy, a pisała ona. Naloty się skończyły.
– Mnie dali spokój, ale na celownik wzięli moją żonę, która nawet nie była członkiem Solidarności.

Zostać czy emigrować? Rozmowy o wyjeździe zaczęły pojawiać się tym częściej, im częściej oboje musieli meldować się na Jasnej.
– Nikt mnie w mordę nie lał – przyznaje – ale psychologiczna presja, a zwłaszcza nękanie żony, odniosła skutek. Być może na to właśnie liczyli.
W lutym 1982 r., po serii przesłuchań, rozmów, nachodzeń sytuacja dojrzała do poważnej rozmowy między małżonkami.
– Spytałem żonę, czy uważa, że powinniśmy emigrować. Wtedy jeszcze nie była gotowa, miała ciężko chorą matkę. „Wyjazdem wpędzę ją do grobu” – odparła i decyzję odłożyliśmy na czas nieokreślony.
Temat odżył pod koniec roku, kiedy zmarła teściowa Orczykowskiego. Powiadomił centralę, że jest gotów do emigracji. Sprawa nie była jednak taka prosta jak mogłoby się wydawać.
– Nie każdy, kto mienił się działaczem Solidarności, mógł liczyć na wizę. Ambasady USA, Kanady, Australii, Niemiec, Włoch, Francji były doskonale poinformowane „kto jest kto” i często przy weryfikacji kandydatów na emigrantów brały pod uwagę opinię  Komisji Krajowej. Status prześladowanego kusił mnóstwo osób, które z działalnością związkową miały niewiele wspólnego – decyzję o internowaniu można było załatwić stosunkowo łatwo.
Dokumenty złożył w ambasadzie francuskiej i australijskiej wspólnie z kolegą, działaczem Zarządu Regionu i szefem drukarni – Zdzisławem Małeckim.
„Co was skłania do tego, że chcecie wyjechać do Australii? Do Francji mielibyście bliżej” – zapytał konsul australijski wiedząc, że godzinę wcześniej byli w ambasadzie francuskiej.
„W nadziei, że któryś z tych krajów zechce nas przyjąć” – pan Andrzej zdobył się na absolutną szczerość w przekonaniu, że najgorzej kombinować. To przekonało konsula. „Wiem, że dostalibyście wizę francuską, ale jeśli chcecie do nas, my was też weźmiemy”.
Dylemat: Francja czy Australia rozstrzygnęła żona: „Jeśli już mamy wyjeżdżać, to tak daleko, żeby cię nie korciło. Oceanu tak łatwo nie przeskoczysz”.

Od pucybuta
do inżyniera
Na krótko przed wyjazdem po raz ostatni widział się z Bogusławem Śliwą. Szykował się do wyjazdu do Szwecji i przyszedł się pożegnać. Obiecali sobie, że będą w kontakcie; Śliwa wyjechał w listopadzie 1983 r., Orczykowscy 12 października wylądowali w Sydney.
– W ciągu paru lat odbyliśmy kilka rozmów telefonicznych – wspomina Orczykowski. – Bogdan zaczął żywiej interesować się Australią po tym, jak w Sydney powołaliśmy do życia nasze Biuro Koordynacyjne. Szwecja, owszem, stwarzała imigrantom doskonałe warunki życia, jednak na działalność polityczną patrzyła krzywo. W Australii natomiast otrzymaliśmy wszelką pomoc, zwłaszcza ze strony Polonii i tamtejszych związków zawodowych. Dzięki nim udawało się nam organizować do Polski transporty żywności, leków, odzieży i środków finansowych, zwłaszcza do instytucji charytatywnych i organizacji związanych z Kościołem. Docieraliśmy do polityków australijskich, by za ich pośrednictwem informować Australijczyków o sprawach Polski. Czy nam się udało? Mam nadzieję. Wcześniej na hasło: „Poland” reagowali jedynie: „Papa, Papa i Walesa, Walesa”. To była ich cała wiedza na temat Polski.

Powrót
– Czemu wróciłem? Niech się pan nie śmieje – tęsknota, za krajem, za bliskimi, przyjaciółmi. Miałem mieszkanie, opiekę medyczną, utrzymanie, nawet tłumacza na telefon, kiedy jeszcze nie znałem angielskiego. Dostałem pracę. Z początku sprzątałem, zamiatałem, byłem operatorem maszyny włókienniczej; jednocześnie chodziłem do szkoły i uczyłem się angielskiego. Awansowałem. Uznano moje kwalifikacje inżynierskie, zostałem członkiem elitarnego Instytutu Inżynierów Austalijskich. Posada starszego inżyniera w firmie Electrolux gwarantowała utrzymanie i dostatnie życie. Jednym słowem byłem w jednym z najbardziej przyjaznych krajów świata. Ale tęsknota była silniejsza.

To nie jest nasza
Solidarność
Jest lato 1989 r. Cała Polska fetuje Okrągły Stół, czerwcowe wybory, „pierwszy niekomunistyczny rząd”. Zdjęcia Mazowieckiego w geście zwycięstwa w Sejmie obiegają świat. Euforia dociera również na antypody; telewizja, radio i prasa australijska, a polonijna szczególnie, poświęca sporo miejsca wydarzeniom w Polsce. Zwycięstwo!!!
– Krótko po tym otrzymałem od znajomego z Polski serię zdjęć, cała solidarnościowa „werchuszka”: Frasyniuk, Michnik, Geremek i przede wszystkim mój związkowy szef – Wałęsa w objęciach towarzysza Kiszczaka i jego kumpli. Wóda, opary tytoniowego dymu, przekrwione gęby, zdrada. W takich okolicznościach wykuwano fundamenty III Rzeczpospolitej, tak materializowały się ideały Sierpnia. Łzy mi z oczu popłynęły. Zdjęcia zaniosłem do Biura Koordynacyjnego, pokazałem kolegom z organizacji kombatanckich. „Ty jesteś prowokator, to są prowokacyjne zdjęcia, to nie mogło mieć miejsca” – usłyszałem. – „Ktoś z kraju je podsyła, aby dyskredytować Solidarność, a ty w tym pomagasz”.
Tylko dwóch uwierzyło. Pozostałym otwierały się oczy, kiedy Wałęsa rozpędzał sejm i rząd Olszewskiego, kiedy kolejne rządy, z lewa i z prawa, kupczyły majątkiem narodowym, kiedy opinię publiczną bulwersowały kolejne afery. W świetle tego do kogo mogą mieć dzisiaj pretensje działacze Solidarności, że SLD ukradło im 21 postulatów?
To nie jest nasza Solidarność.

Piotr Piorun

Reklama

Początki kaliskiej Solidarności komentarze opinie

Dodajesz jako: |
Reklama

Ogłoszenia PREMIUM

Mieszkanie 2 pokojowe przy ul.

Mieszkanie 2 pokojowe 38 m2 po remoncie wynajmę dla osób niepalących. 1200zł+media+ czynsz


Reklama
 Reklama

25 maja 2018 roku weszło w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nakłada na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych w plikach cookies

Oświadczam, iż zapoznałem sie z Polityką prywatności i zgadzam się na zapisywanie i przechowywanie w mojej przeglądarce internetowej tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie zaszyfrowanych w nich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania z innych stron internetowych, serwisów oraz parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych, w tym na profilowanie i w celach analitycznych przez zyciekalisza.pl, oraz ZAUFANYCH PARTNERÓW.

Administratorzy danych / Podmioty którym powierzenie przetwarzania powierzono

Idea Contact sp. z o.o. z siedzibą w Kalisz 62-800, Spółdzielcza 6

Cele przetwarzania danych

1.marketing, w tym profilowanie i cele analityczne
2.świadczenie usług drogą elektroniczną
3.dopasowanie treści stron internetowych do preferencji i zainteresowań
4.wykrywanie botów i nadużyć w usługach
5.pomiary statystyczne i udoskonalenie usług (cele analityczne)


Podstawy prawne przetwarzania danych


1.marketing, w tym profilowanie oraz cele analityczne – zgoda
2.świadczenie usług drogą elektroniczną - niezbędność danych do świadczenia usługi
3.pozostałe cele - uzasadniony interes administratora danych


Odbiorcy danych

Podmioty przetwarzające dane na zlecenie administratora danych, w tym podmioty ZAUFANI PARTNERZY, agencje marketingowe oraz podmioty uprawnione do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa.

Prawa osoby, której dane dotyczą

Prawo żądania sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania danych; prawo wycofania zgody na przetwarzanie danych osobowych. Inne prawa osoby, której dane dotyczą.

Informacje dodatkowe

Więcej o zasadach przetwarzania danych w "Polityce prywatności"