Reklama

Dziewięciu synów mają

31/01/2019 00:00
Boże Narodzenie to święta, które spędza się w gronie najbliższej rodziny. W domu  Hanny i Włodzimierza Szkudlarków z Kalisza mają one szczególny wymiar. Za wigilijnym stołem oprócz rodziców zasiadają  ich dzieci, dziewięciu synów. Najstarszy z nich, Adam, jest studentem informatyki na Politechnice Poznańskiej, a najmłodszy Lesio ma dopiero dwa latka\"\"

W sierpniu minęło 20 lat, kiedy się pobrali. Poznali się kilka lat wcześniej. – Swoją przyszłą żonę pierwszy raz zobaczyłem na kaliskim dworcu. Rozpoczynał się rok akademicki, wyjeżdżałem na studia do Łodzi ( Uniwersytet Łódzki – ekonomika i organizacja obrotu towarowego i usług).  Kolejny raz ujrzałem ją  na uczelni. Kiedy po raz trzeci spotkaliśmy się znowu w pociągu relacji Łódź  –  Kalisz uwierzyłem, że to nie przypadek, a przeznaczenie. Ośmieliłem się odezwać.  Okazało się, że studiujemy na tym samym kierunku. W tym dniu po raz pierwszy odprowadziłem Hanię do jej domu. I tak to się zaczęło – wspomina pan  Włodzimierz. Pobrali się pod koniec studiów. Po roku urodził im się pierwszy syn, Adam. Już wówczas wiedzieli, że nie będzie to jedyne dziecko. Oboje pochodzili z rodzin wielodzietnych. Pani Hania jest najstarszą z grona  swojego rodzeństwa. Wychowywała się wspólnie z czterema siostrami i bratem. Pan Włodzimierz ma trzy siostry, on był najmłodszy.  Nie wyrokowali, jak licznego oczekiwaliby potomstwa, choć bardzo często snuli plany, że czworo dzieci to minimum. Myśli o powiększeniu rodziny pozostawili na później. Wówczas należało skoncentrować się na ostatnich egzaminach, pisaniu pracy magisterskiej, a przecież wychowywanie małego Adama też pochłaniało wiele czasu.
                                 
Nie czwórka,
a dziewiątka synów
 Kiedy Adam miał niespełna 2 latka, doczekał się braciszka Janka. Rok później Szkudlarkowie cieszyli się z kolejnego syna, Michała. Być może, kiedy dwa lata później pani Hania ponownie zaszła w ciążę,  myślała o  córeczce, ale rodzina powiększyła się o kolejnego syna, Piotra. – Czwórka chłopców absorbowała, ale dawaliśmy sobie doskonale radę. Nie ukrywam, że każde dziecko traktowaliśmy jako łaskę Bożą. Stąd też tak szczególnie rodzinnie obchodziliśmy zawsze święta Bożego Narodzenia. Święta w naszej rodzinie miały różny charakter w miarę upływu lat i zmieniającego się stanu rodziny. Jednak przez te dwadzieścia lat to, co było stałe, to fakt, że  spędzaliśmy je zawsze w gronie najbliższych. Najpiękniejszy był ten moment, kiedy w gorączkowy czas zakupów, generalnych porządków i przygotowań zaczęły włączać się dzieci. Każde z nich, bez względu na wiek, miało i nadal ma swój udział w przedświątecznych pracach, takich jak mycie okien, trzepanie dywanów, a nawet w klejeniu pierogów czy kręceniu maku. Najbardziej chętne były zawsze małe dzieci. Starsi mieli całą gamę wymówek, pozwalających  wymigać się od niektórych prac. Stąd w miarę upływającego czasu musieliśmy stosować planowy podział obowiązków aby większość zajęć nie spadła na nas, rodziców – mówi Hanna. Było to o tyle ważne, że rodzina systematycznie się powiększała. Po pięciu latach od narodzin Piotra na świat przyszedł kolejny przedstawiciel płci męskiej, Szymon. Rok później rodzice i braciszkowie cieszyli się z narodzin Wojciecha. W dwuletnich odstępach rodzili się następni członkowie rodziny: Krzyś, Józio i Lech. Najmłodszy ma dwa latka. 
Pani Hanna  nie pracowała zawodowo, zajmowała się tylko wychowaniem synów. Szkudlarkowie mogli sobie na to pozwolić. W tym czasie pan Włodzimierz udanie spełniał  się w pracy zawodowej, dochodząc do stanowiska dyrektora naczelnego w dużym kaliskim przedsiębiorstwie, a następnie przyjął propozycję pracy  w  międzynarodowej firmie z siedzibą w Warszawie, gdzie piastował stanowisko członka zarządu ds. finansowych. – Mimo że nasza rodzina jest duża, to chcielibyśmy spędzać święta w jeszcze większym rodzinnym gronie. Kiedy pięć lat temu szukaliśmy projektu wymarzonego domu,  zakładaliśmy, że już w 2005 r. Wigilię urządzimy we własnym  salonie, przy dużym, 24-miejscowym stole, patrząc na mieniącą się światełkami choinkę w ogrodzie. Marzyliśmy o tym przez te wszystkie lata, kiedy przychodziło nam świętować w naszym 3-pokojowym (59 mkw.) mieszkaniu. Mimo panującego ścisku robiliśmy wszystko, aby w czasie świąt sprawić dzieciom wiele radości  – mówi Hanna.
Tradycją rodziny było i jest wspólne strojenie choinki w Wigilię. Wyjątek stanowiły początki małżeństwa, gdy  pierwsze dzieci były małe. Wówczas drzewko ubierali wieczorem, w przeddzień Wigilii, rodzice. Kiedy synowie budzili się, widzieli choinkę w pełnej krasie. W późniejszych latach powrócono do tradycji ubierania drzewka w Wigilię, ale czynili to już starsi chłopcy pod bacznym okiem taty.
Świąteczne potrawy muszą być świeże, dlatego  przygotowywane są na ostatnią chwilę. Kiedy pani Hania uwija się w kuchni, chłopcy  wraz z tatą w tym czasie muszą przygotować mieszkanie, poprasować odświętne stroje, nakryć do stołu. Niektórzy z nich angażowani są do pomocy w kuchni. Krzyś, Józio i Wojtek niezastąpieni są w kręceniu maku. Do lepienia pierogów  angażują się Szymon i Piotr. Pozostali chętnie próbują, czy przygotowane potrawy są już dobre. Niejednokrotnie ich smakowanie trzeba ukrócić. – Na wigilię nie szykuję dwunastu potraw, a to z prostego powodu. Przez lata przekonałam się, że warto robić tylko takie, które dzieciom szczególnie smakują i zostaną zjedzone. Nasze wigilijne menu składa się z zupy grzybowej z kluskami, smażonego karpia, kapusty z grzybami, kapusty z grochem, makiełek, sosu śliwkowego z ryżem, fasoli z masłem, pierogów z kapustą, grzybami smażonymi w bułce i wspaniałego wieloowocowego kompotu z dodatkiem suszonych cytrusów – informuje gospodyni domu. (grz)

Więcej w Życiu Kalisza
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zyciekalisza.pl




Reklama