Wzrost ilości substancji chemicznych stosowanych w przemyśle spożywczym spowodował, że okres osiągnięcia przez organizm krytycznego stężenia kancerogenów powodujących choroby nowotworowe skrócił się z 50 lat w połowie ub. wieku do 10 lat w latach 90 i stale maleje. Pytanie – czy wynika to z faktu uprzemysłowienia procesu produkcji żywności, konieczności jej transportu i przechowywania na półkach marketów czy jest to strategia obliczona na wywołanie epidemii chorób nowotworowych? I jakie znaczenie w tym procesie może odgrywać Kodeks Żywnościowy (Codex Alimentarius”)?
„Jeżeli Kodeks Żywnościowy zostanie wprowadzony (póki co jest dobrowolny ale stanowi punkt odniesienia dla prawa żywnościowego w UE i Polsce oraz dla WTO – Światowej Organizacji Handlu – przyp. pp), wówczas zioła, witaminy, minerały, homeopatyczne leki, aminokwasy i inne naturalne środki znikną” – twierdzi John Hammell, założyciel International Advocates for Health Freedom (Międzynarodowych Obrońców Wolności Zdrowia).
„Zwierzęta hodowlane będą powszechnie karmione antybiotykami i hormonami wzrostu, a jadalne rośliny na masową skalę napromieniowywane. Dopuszczone będzie masowe stosowanie pestycydów. Zostaną drastycznie zwiększone dawki konserwantów w żywności, upowszechnione rośliny modyfikowane genetycznie (GMO) bez informowania konsumentów, a konserwy napromieniowywane promieniami gamma w dawkach kilkakrotnie przewyższających uznawane obecnie za szkodliwe dla zdrowia”.
Komisję Kodeksu Żywnościowego, która pracuje nad Codexem Alimentarius (łac. Książka Żywności) powołały w 1963 roku Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) i Organizacja ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) pod egidą ONZ. Jej oficjalnym celem miała być ochrona zdrowia i interesów konsumentów oraz zapewnienie uczciwych praktyk w międzynarodowym handlu żywnością. Jednak z czasem składy obu agend, czyli WHO i FAO, zostały zdominowane przez przedstawicieli koncernów farmaceutycznych i gigantycznych, międzynarodowych korporacji spożywczych. Doktor Matthias Rath, zmarły niedawno niemiecki lekarz i animator ruchu na rzecz sprzeciwu wobec Kodeksu twierdził, że obecnie ponad połowa składu Komisji reprezentuje interesy farmaceutycznych i żywnościowych gigantów.
Toksyczne witaminy?
Jeśli Kodeks wejdzie w życie, drastycznej obniżce ulegną dawki witamin i minerałów w preparatach witaminowych, tzw. Górne Dozwolone Dawki (GDD) – selenu, beta karotenu, cynku. Przykładowo dopuszczalny poziom beta karotenu będzie trzy razy niższy niż w jednej marchewce, a selenu trzy razy niższy niż w jednym orzechu brazylijskim.
Wszystkie produkty i preparaty, które będą miały wyższy od ustalonego poziom witamin i minerałów, będą traktowane jako produkty lecznicze. Oznacza to, że będą podlegać prawu farmaceutycznemu i konieczności przejścia kosztownych badań, na które nie będzie stać mniejszych producentów. A to oznacza monopolizację rynku suplementów przez koncerny farmaceutyczne, a w zasadzie, jak podejrzewają znawcy tematu – jego likwidację.
„Witaminy i minerały nie podlegają patentom, więc nie mogą przynosić takich zysków jak leki syntetyczne. Po drugie – zapobiegają wielu chorobom, więc zmniejszają zapotrzebowanie na leki farmaceutyczne” – ocenia Katarzyna Lewkowicz-Siejka, autorka publikacji pt. „Orwell by tego nie wymyślił. Koniec naturalnych suplementów”.
Poza tym w wielu przypadkach leki działają tylko na objawy, powodując efekty uboczne, co w konsekwencji zwiększa popyt na kolejne farmaceutyki. I to trzeci powód dla ograniczenia naturalnych suplementów na rynku.
Pierwsze próby wyeliminowania naturalnych suplementów z naszej diety zaczęły się już wiele lat temu, kiedy Komisja Kodeksu uznała, że witaminy to… toksyny. Nie wyjaśniono jednak, że chodzi o witaminy syntetyczne, wrzucając do jednego worka wszystko, co wzbogaca naszą dietę.
W 1994 roku podjęto próbę wprowadzenia nowych regulacji w USA. Wtedy bez powodzenia. Ogromny ruch konsumencki, w który zaangażowały się m.in. gwiazdy Hollywood spowodował, że za oceanem Kodeks poniósł porażkę. Obecnie przed takim wyzwaniem stoją nie tylko kraje Unii Europejskiej, ale cały świat.
Czy musimy stosować się do zaleceń Kodeksu? Teoretycznie nie. Ale utworzenie Światowej Organizacji Handlu (WTO) w 1995 roku dało Kodeksowi nowy, potężny oręż.
„Standardy i wytyczne Kodeksu stały się od tej pory podstawą do rozsądzania międzynarodowych sporów handlowych dotyczących żywności. W związku z tym obawy o uwikłanie się w taki spór i potencjalne straty skutecznie zniechęcają do nieprzestrzegania zasad” – uznaje Paul Anthony Taylor, autor książki „Przyszłość żywności” („The Future of Food”). W książce autor analizuje jak WHO, FAO oraz interesy przemysłu biotechnologicznego i farmaceutycznego wpływają na globalne standardy żywnościowe. Taylor promuje naturalne podejście do zdrowia i ostrzega przed ograniczaniem stosowania witamin i suplementów.
Obecnie WTO zrzesza 166 krajów, a to oznacza, że Kodeks zyskał wpływ niemal na całą ludzką populację.
„Kodeks stanie się największym zagrożeniem dla ludzkiego zdrowia, jakie znał świat. Historia nie była jeszcze świadkiem wpływu tak silnej grupy interesów, jaką jest przemysł farmaceutyczny, który otwarcie próbuje osiągnąć wielomiliardowe zyski ze sprzedaży leków kosztem zdrowia miliardów ludzi” – czytamy w oświadczeniu Fundacji dra Matthiasa Ratha.
Globalny monopol to kusząca perspektywa dla koncernów z powodów ekonomicznych. Ale jest i inny powód.
Dociekliwi zauważyli, że jednym z inicjatorów Codexu Alimentarius był niejaki Fritz ter Meer, w czasie II wojny pracownik koncernu IG Farben, naukowiec i... zbrodniarz wojenny, skazany w Norymberdze za pseudomedyczne eksperymenty dokonywane na więźniach Oświęcimia. Zasądzonej w 1948 roku kary 7 lat więzienia nie odbył w całości. Po 2 latach wyszedł na wolność dzięki wstawiennictwu Nelsona Rockefellera, został prezesem koncernu farmaceutycznego Bayer i ... włączył się aktywnie w prace nad Kodeksem. „W ten sposób od początku prym wiedli przedstawiciele wielkich koncernów farmakologicznych wywodzących się z hitlerowskiego syndykatu zbrodni” – podkreśla Jan Maria Jackowski w pracy „Kontrolujesz żywność, kontrolujesz ludzi”.
Warto przypomnieć, że Bayer to następca IG Farbenindustrie (źródło: Wikipedia), koncernu odpowiedzialnego za produkcję śmiercionośnego Cyklonu B oraz za testy na więźniach obozów koncentracyjnych, które miały wykazać, uwaga!.... w jaki sposób organizm człowieka radzi sobie bez witamin i minerałów oraz jaki wpływ mają środki chemiczne zawarte w pożywieniu na płodność człowieka (sic!). Niedorzeczność?
George Ashkar, autor książki pt. „Pokonać raka raz na zawsze” zwrócił uwagę na zwiększanie się ilości kancerogenów, czyli m.in. środków chemicznych używanych w procesie produkcji żywności, które mają wpływ na wzrost zachorowań na raka. O ile w latach pięćdziesiątych potrzeba było ok. 50 lat na osiągnięcie przez organizm człowieka poziomu tzw. krytycznej koncentracji, czyli stężenia kancerogenów inicjującego powstawanie komórek rakowych, to w latach 90. okres ten skurczył się do 10, 15 lat i wciąż maleje. Autor nie miał wątpliwości: to rezultat intensywnego stosowania substancji chemicznych w przemyśle spożywczym. Według raportu NIK z 2019 roku, Polacy rocznie pochłaniają ok. 2 kilogramy chemicznych dodatków do żywności natomiast francuskie badania wskazują, że może to być nawet 10 kilogramów!
Pojawia się jednak pytanie: czy to konsekwencja uprzemysłowienia produkcji żywności, konieczności przechowywania żywności na półkach marketów, „błąd w sztuce”, czy też świadomy zabieg obliczony na wywołanie swoistej epidemii chorób nowotworowych?
Globalne GMO
„Kontroluj ropę, a będziesz mógł kontrolować całe kontynenty. Ten, kto kontroluje produkcję żywności, rządzi ludźmi” – powiedział Henry Kissinger, amerykański Sekretarz Stanu, cytowany przez Jackowskiego.
Kodeks to nie tylko zioła i preparaty witaminowe, ale również GMO, które wydaje się wręcz idealnym narzędziem do monopolizacji rynku żywności. W 2003 roku, wytyczne Kodeksu stały się podstawą do wprowadzenia upraw GMO w USA, Kanadzie i Argentynie, gdzie od dawna nie ma już tradycyjnych nasion rzepaku i kukurydzy.
Zmarły w 2018 roku prof. dr hab. Tadeusz Żarski z warszawskiej SGGW przekonywał, że dopuszczenie upraw i produktów GMO w Europie nie wynika z obiektywnych potrzeb europejskiego rolnictwa ale jest wynikiem presji ze strony WTO i globalnych korporacji biotechnologicznych. Przestrzegał przed wprowadzeniem GMO w Polsce.
„Jeśli zgodzimy się na uprawy roślin GMO, to utracimy opinię kraju o ekologicznym rolnictwie, a na tym bardzo zależy naszym konkurentom. [...] Poza tym nie musimy zwiększać produkcji żywności wprowadzając GMO, bo mamy jej nadmiar” – podkreślał naukowiec dodając, że badania nad GMO na jakie powołuje się m.in. Unia Europejska są zbyt krótkotrwałe, a przez to niewiarygodne.
Jak przyznał dr Robert Verkerk, dyrektor Koalicji na Rzecz Naturalnego Zdrowia (ANH) powinniśmy mieć świadomość, że pomimo oficjalnego zakazu GMO w Polsce, na nasze stoły trafia żywność modyfikowana genetycznie – czy w mięsie, czy w paszach do produkcji zwierzęcej. Ale prawdziwą puszką Pandory będzie dopiero zezwolenie na uprawę roślin GMO. Będzie to oznaczać wyrok śmierci dla tradycyjnego rolnictwa, proces, którego nie da się odwrócić. Nie ma mowy o koegzystencji rolnictwa tradycyjnego-ekologicznego i GMO, które ostatecznie i do końca niszczy naturalne gatunki. Poza tym wiele roślin GMO wytwarza szkodliwe substancje zabijające owady, np. pszczoły, stymuluje silne alergie czy choroby nowotworowe.
„U szczurów karmionych zmodyfikowaną kukurydzą zauważono wyższy poziom białych krwinek, zaburzenia w pracy nerek i wątroby, dużą śmiertelność ciężarnych samic, a w trzecim pokoleniu bezpłodność. Problemy z płodnością miało też 80 proc. ciężarnych macior” – podkreśla Katarzyna Lewkowicz-Siejka dochodząc do przerażającej konkluzji, że celem Kodeksu są nie tylko gigantyczne zyski korporacji, ale również... depopulacja.
Czy chcą nas zagłodzić?
Nie jest tajemnicą, że ONZ od dawna próbuje zwrócić uwagę świata na problem przeludnienia Ziemi. Grono wpływowych osób z Davidem Rockefellerem Jr., Georgem Sorosem i Warrenem Buffettem, przyczyn globalnych kłopotów upatruje w nadmiernym wzroście populacji. Jak na razie wszelkie zalecane środki, czyli np. świadome rodzicielstwo czy antykoncepcja okazały się mało skuteczne. Czy w zawiązku z tym światowe elity uznały, że czas na bardziej radykalne rozwiązania?
Z taką tezą zgadzał się zmarły 4 lata temu prof. zw. dr hab. inż. Stanisław Wiąckowski, którego opinię przywołuje Katarzyna Lewkowicz-Siejka. „Celem jest zmniejszenie liczby ludzi na świecie. Temu służą takie wynalazki, jak antykoncepcyjne nasiona roślin GMO, masowo stosowany preparat roundup czy soja masowo wciskana producentom żywności na całym świecie. Soja zawiera genistynę, która ma negatywny wpływ na ruchliwość plemników, a soja modyfikowana genetycznie jeszcze silniej negatywnie działa na reprodukcję” – podkreślał prof. Wiąckowski.
Jak powszechnie wiadomo, obecnie coraz więcej par ma problemy z płodnością. To problem globalny. Według portalu rodzice.pl tylko w Polsce problem ten dotyczy aż 2,5 miliona kobiet i mężczyzn! Jako główną przyczynę niepłodności podaje się spadek ilości plemników w nasieniu. „Z analiz przeprowadzonych w 1998 roku wynika, że liczba plemników konsekwentnie spada i zmalała o 20 milionów (w milimetrze sześciennym – przyp. pp) w stosunku do badań sprzed niemal 40 lat” – czytamy na portalu onet.pl dziecko.
W ślad za tym drastycznie spada współczynnik dzietności, który w Polsce osiągnął nienotowany poziom 1,1 dziecka na jedną kobietę, nie gwarantując nawet odtwarzalności pokoleń. Tłumaczenie tego zjawiska przemianami kulturowymi, społecznymi czy niehigienicznym trybem życia nie brzmi przekonująco.
Jakie mogą być konsekwencje rozwiązań forsowanych przez Codex Alimentarius? „Jeden miliard zginie z głodu, a kolejne dwa z chorób, z pozoru niegroźnych, które jednak dla osłabionych organizmów okażą się śmiertelne” – przewiduje Ben Stewart, reżyser dokumentu pt. „Tajny Program”. (pp)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze