Reklama

Jagna Domżalska & Stach Szabłowski Wracając do Tarasina. Rozmowa

12/07/2026 06:00

Stach Szabłowski: Porozmawiajmy o Janie Tarasinie. Ja do tej rozmowy przystępuję w imieniu własnym, ale również instytucji, którą zacząłem kierować w lutym 2026 roku – i która nazywa się Galeria Sztuki im. Jana Tarasina.
Warto na wstępie zaznaczyć, że Tarasin nie jest patronem tej galerii od zawsze. Instytucja skończy niedługo 50 lat. Powstała w 1977 roku jako BWA w Kaliszu, kiedy po gierkowskiej reformie administracyjnej miasto stało się stolicą województwa. Pomysł nadania galerii imienia Jana Tarasina pojawił się około 2009 roku, jeszcze za życia artysty. Zrealizowano go rok później – już po jego śmierci.
Jagna Domżalska: I to zaowocowało nośną nazwą, ale domyślam się, że mogło też być źródłem nieporozumień?

SS: Zdarza się, że dzwonią do nas osoby zainteresowane twórczością artysty. Myślą, że znajduje się tu poświęcone mu muzeum, jakieś pamiątki, kolekcja jego dzieł. Odpowiadamy, że na co dzień nie zajmujemy się Janem Tarasinem. Jesteśmy miejską galerią Kalisza. Owszem, posiadamy kilkanaście prac artysty na papierze i w przeszłości odbyły się tu poświęcone mu wystawy. Stanowiły jednak wyjątek od reguły, zgodnie z którą misją miejskiej galerii jest udostępnianie lokalnej publiczności sztuki współczesnej w jej najbardziej różnorodnych przejawach. Odbywają się tu najróżniejsze rzeczy – również takie, które z filozofią i postawą Tarasina nie mają nic wspólnego. Ba, mogą wręcz pozostawać w sprzeczności z jego pojmowaniem sztuki. Twórczość Tarasina nie definiuje programu galerii, nie jest w nim punktem odniesienia.
A jednak wszystko, co tu robimy, odbywa się pod szyldem jego nazwiska.
W Kaliszu, mówiąc „Tarasin”, mamy dziś na myśli w pierwszej kolejności nie osobę, lecz miejsce; chodzi się na wystawy do „Tarasina”. Jubileusz traktuję jako pretekst, okazję do zadania pytań o artystyczne idee, które do myślenia o sztuce wprowadza przywołanie tego nazwiska. Nie dajemy odpowiedzi w postaci monografii artysty. Galeria nie byłaby w stanie jej pomieścić ani fizycznie, ani instytucjonalnie – to zadanie dla któregoś z Muzeów Narodowych. Nie rezygnujemy z tego, do czego jesteśmy powołani – z pokazywania sztuki aktualnej i pracy z osobami artystycznymi tworzącymi dziś. Zaprosiliśmy zatem do wystawy twórców i twórczynie młodszych od naszego patrona o dwa, a nawet trzy pokolenia, by wspólnie z nimi poszukać Tarasinowego idiomu artystycznego. Jak ty definiujesz ten idiom? Gdzie widzisz kluczowe elementy jego konstrukcji?
JD: Wiesz, zawsze miałam Tarasina jakoś na oku, choć nie przyglądałam mu się tak wnikliwie. Gdybyś zapytał mnie, zanim zaczęliśmy pracować nad wystawą, odpowiedziałabym pewnie, że te elementy to jakiś rodzaj wyławiania przedmiotów i zamiłowanie do ich rytmizacji, jakiś rodzaj fascynacji rozmieszczeniem obiektów i znaków w świecie i – właśnie – traktowanie obiektów jako znaków (albo też znaków jako obiektów?). Teraz, po naszych rozmowach i po pochyleniu się nad szerszym spektrum prac, pogłębiam to – nomen omen – o aspekt przestrzeni. Narzucająca się przez pewien rodzaj analogii z pismem linearność Tarasinowych układów jest pozorna. Artysta swoje przedmioty, znaki, elementy (może to ostatnie słowo, którego użyłeś, jest najszersze) zawiesza w przestrzeni, operuje planami. Zatem teraz powiedziałabym, że właśnie tworzy niewidzialną konstrukcję dla swoich liniowo-przestrzennych układów; siatkę, na której poszczególne wątki są osadzone.

Reklama

SS: W polskim świecie sztuki Tarasina wysysa się poniekąd z mlekiem matki – razem z twórczością grupy jego rówieśników, artystów z pokolenia Arsenału, którzy po 1956 roku stworzyli klasykę dojrzałego modernizmu w naszym kraju. Dwadzieścia lat temu, podczas Documenta w Kassel, padło pytanie: czy modernizm jest naszym antykiem? Myślę, że sztuka Tarasina należy właśnie do tego rodzaju zasobu – lokalnie, w Polsce, współtworzy artystyczny „antyk” naszej współczesności. Dla mnie Tarasin to artysta, który zawsze po prostu był. Odkąd w czasach licealnych zacząłem interesować się sztuką, spotykałem jego prace na kartach podręczników, na stałych ekspozycjach kolekcji Muzeów Narodowych – w sekcji malarstwa powojennego zwykle wisi kilka jego obrazów. Był i jest widoczny. Ale czy rzeczywiście jest widziany? Myślę, że stał się raczej przezroczysty. Taki już los klasyków, że kiedy nimi zostaną, dostają wprawdzie od nas piedestał, ale przestajemy zadawać im pytania.
JD: My zadajemy mu teraz wiele pytań, albo może wyczytujemy pytania, które Tarasin stawiał światu i sztuce? Rzeczywiście – to, że zawsze był obecny, uczyniło go niekwestionowalnym, a przez to znało się go tylko powierzchownie. Dla mnie odkryciem są „Zeszyty”. I cieszy mnie to, że obieramy je za klucz do czytania jego różnorodności. Są formą zestawiania, które jest kluczową zasadą jego działania. 

SS: Samego Tarasina reprezentuje cały zasób jego prac, którym dysponuje instytucja: trzynaście dzieł na papierze oraz trzy „Zeszyty” z lat 1977, 1979 i 1980–1981. Figura „Zeszytu” posłużyła nam także za metaforę naszej dwuczęściowej wystawy: zbioru, montażu, otwartej kompozycji. W kontekście praktyki Tarasina taka nazwa wydaje się właściwsza niż „rozdział pierwszy” czy „część pierwsza” 
JD: Gdy przyglądamy się obrazom i pracom graficznym, możemy mówić o układach, sekwencjach, o nadawaniu kolejności czy raczej o jej badaniu? Z kolei, składając „Zeszyty”, artysta idzie dalej – ujawnia zestawienia motywów i wątków, niezależnie od stosowanych technik. To poszerza i ułatwia jego rozumienie.

Reklama

SS: Dla mnie próba zrozumienia Tarasina jest czytaniem artysty, który pozornie wydaje się opatrzony, ale okazuje się ciekawy między innymi dlatego, że w świetle obecnych obyczajów świata sztuki jawi się jako postać pociągająco egzotyczna. U modernistów z jego generacji fascynuje rozmach ich artystycznych projektów, zakrojonych często na skalę całej artystycznej biografii. To właśnie przypadek Tarasina – w młodości eksperymentuje, szuka swojego tematu i swojego idiomu, języka dla jego wyrażenia. I wreszcie go znajduje. Ten moment zbiega się z podróżą na Daleki Wschód, którą odbył w 1962 roku i która zrobiła na nim ogromne wrażenie. Od tej chwili pozostaje już wierny pewnej wizji, językowi, który stworzył; nie tyle maluje kolejne obrazy, ile zdaje się tworzyć jedno procesualne dzieło, rozbite na ogromną liczbę prac. Dziś takie postawy zdarzają się rzadko. Artyści wymyślają się od nowa co kilka lat – zapewne to konieczne, żeby utrzymać naszą uwagę. Kto miałby nerwy przez kilkadziesiąt lat być równie konsekwentnym i niezmiennym jak Tarasin?
JD: Być może nasze zaproszone osoby, które od razu przychodziły nam do głowy.

SS: Tego jeszcze nie wiemy – osoby, które zapraszamy do dialogów z Tarasinem na tej wystawie, są wciąż w grze. Ich biografie artystyczne to otwarte opowieści. Nie wiadomo, jakie nastąpią w nich zwroty akcji ani jak się skończą. Tarasin był wierny językowi, który wypracował przez pół wieku! Oczywiście ktoś może w tej konsekwencji podejrzewać asekuranctwo, trzymanie się bezpiecznej formuły. Ja wolę widzieć w niej wybór innego rodzaju: przemyślane zawężenie pola. Taki manewr pozwala na rodzaj koncentracji, wzmożonej uważności, którą odbieram z jego prac. Uważam, że to piękne. W prywatnym wszechświecie, który dla siebie zdefiniował, bardzo wiele się dzieje; ustanowienie reguł rządzących tym uniwersum pozwala skupić się na niuansach, zachodzących w nim subtelnych procesach i mikroróżnicach. To bardzo wnikliwy, dociekliwy artysta – i w ostatecznym rachunku tajemniczy.
JD: Tajemniczy, albo może pogodzony z jakimś rodzajem hermetyczności. Choć nie lubię tutaj tego słowa. W swoich tekstach próbował odczarować podejście do matematyki jako do nauki wyabstrahowanej z rzeczywistości. Idąc tym tropem, zastanawiam się, czy można mówić o ustanawianiu przez Tarasina reguł w jego uniwersum, czy też raczej o odnajdywaniu ich w matematycznie – w jego ujęciu – urządzonym świecie rzeczywistym. Mam wrażenie, że pokazuje nam to, co widział, to, co wyostrzało mu się, gdy patrzył na otoczenie. Że w jakiś sposób, może i obsesyjny, wychwytywał te elementy, które później przekazywał dalej w swoich pracach. Dobrze to widać, gdy przegląda się „Zeszyty”.
Z kolei nie mogę się zgodzić z tym, że nie możemy jeszcze zobaczyć podobnej do Tarasinowej konsekwencji u większości zaproszonych do projektu osób. Większość z nich pracuje już około dwudziestu lat lub dłużej. Mają już swój rodzaj „charakteru pisma” i własne obszary badawcze.

Reklama

SS: Nie odmawiam osobom, które zaprosiliśmy, oryginalnych charakterów pisma. A jednak Tarasin wydaje mi się postacią z innego świata. Powiedziałaś, że wydaje się pogodzony z pewnym rodzajem hermetyczności. Właśnie! Tak jak mówisz: wszystko u niego wzięte jest z rzeczywistości – z plaży, którą obserwuje z daleka, z widoku ptaków, które usiadły na drutach telegraficznych, tworząc pewien układ, rodzaj partytury, z wiejskiego podwórka, na którym są kot, kura, płot, jakieś przedmioty – i wszystko to zaczyna tworzyć konstelację, w każdym razie w oku artysty. Tarasin, który stara się odczytać kosmiczne znaczenie plaży albo podwórka, przypomina mi nieco antycznych filozofów przyrody. Wierzyli oni, że świat jest systemem, którego naturę i konstrukcję da się przeniknąć bez specjalistycznej aparatury, instytutów naukowych czy zespołów badawczych – jedynie intelektualną spekulacją, abstrakcyjnym myśleniem. Albo abstrakcyjnym spojrzeniem. Taka postawa czyni Tarasina uniwersalnym, odpornym na upływ czasu – jego sztuka dobrze się starzeje – ale zarazem w szczególny sposób samotnym. Z mojego punktu widzenia między innymi z tego powodu warto było zaprosić na wystawę poświęconą wyobraźni pokrewnej Tarasinowi inne artystki i innych artystów, zamiast pokazywać wyłącznie jego prace.
JD: Czyli to takie przeciwdziałanie odosobnieniu Tarasina? Podoba mi się ta myśl – otaczamy go kontekstem innych osób, a nie odwrotnie. Nie mogę się doczekać montażu, kiedy zestawimy wszystkie ich mikrokosmosy ze sobą. Choć nie każda z nich porusza się w obszarze struktury, matematycznych układów czy rytmu.

SS: W podążaniu za Tarasinem jest jeszcze coś. Idąc jego śladem, wychodzi się poza społeczny, polityczny i tożsamościowy kontekst, w którym zwykle bardzo mocno osadzone są współczesne praktyki artystyczne. Dla mnie jest to okazja – alibi? – do wyprawienia się poza granice obszaru pojęć i problemów, w którym na co dzień operuję, zarówno jako odbiorca dyskursów artystycznych, jak i ich producent. Spektakl wyobraźni Tarasina rozgrywa się obok rzeczywistości społecznej, a może po prostu w innym wymiarze. Nie ma tu historii ani tożsamości; przedmioty są autonomicznymi bytami, a tekst nie jest dyskursem. Myślę, że dziś do tego rodzaju świata można wejść już tylko za pośrednictwem takiej postaci jak Tarasin. Nie wiem, czy mielibyśmy w sobie dość niewinności i wiary, by wejść tam bez niego. Jak ty się czujesz w tym uniwersum?
JD: Ja właśnie czuję się w nim dobrze. Mam trochę odwrotnie niż ty – to takie przestrzenie są dla mnie bardziej naturalne. Sztuka narracyjna, osadzona w kontekście politycznym czy tożsamościowym, jest oczywiście interesująca i ważna. Tak jak mówisz, jest obecnie bardziej powszechna, ale wszelkie parabole i abstrakcja to dla mnie obszar przyjemności, deser.

Reklama

SS: Przyjemność? Ton, w którym Tarasin pisze o sztuce i o filozoficznych stawkach, o które gra jako artysta, brzmi bardzo serio. Na słowo „przyjemność” w jego dyskursie nie ma miejsca. Ale – zgadzam się z Tobą – w malarstwie Tarasina to miejsce już zdecydowanie jest! Być może to jedno z jego największych osiągnięć. Struktura bytu, sens rzeczy czytanych jako znaki, parametry przestrzeni, w których chaos zdaje się układać w pewien porządek – to nie są zadania do rozwiązania, lecz do nieustannego rozwiązywania. Z tego punktu widzenia jego projekt pozostaje, rzecz jasna, nieukończony. Ale jako generator bezpretensjonalnej, mądrej przyjemności wydaje się spełniony; to malarz, który zdaje się lubić życie, rzeczy, wierzyć w świat i w malarstwo. Mam nadzieję, że wchodzenie w jego tematy, sposoby myślenia i obrazowanie poprowadzi nas w stronę takich afektów.
JD: Zdecydowanie o taką przyjemność mi chodziło: kontakt z wyrafinowanym, analitycznym i intelektualnym, ale absolutnie nie chłodnym podejściem do rzeczywistości. Mówiliśmy kiedyś o tym swoistym, pogodnym charakterze prac Jana Tarasina. Przejawia się on nie tylko w ich formalnym wyrazie, ale właśnie w tym ciekawym połączeniu intelektualnego rozbioru świata i czerpania zeń elementów codzienności, normalności, a może wręcz zwyczajności – w dużym stopniu właśnie bezpretensjonalnie. I to wydaje mi się najważniejsze. Trochę – wracając do początku rozmowy – nie tyle zadajemy pytania klasykowi, ile przypominamy pytania, które to on sam zadawał. Światu? Sobie? Matematyce? Malarstwu? Mam wrażenie, że nie chodziło wcale o odpowiedzi, lecz o samo stawianie pytań.

Ciąg dalszy nastąpi – na wystawie „Wracając do Tarasina. Zeszyt drugi”, paźdzernik-listopad 2026

Reklama

Wracając do Tarasina: Zeszyt Pierwszy
17/07 – 26/09/2026
udział biorą: Grzegorz Bożek, Ziemowit Fincek, Michał Frydrych, Łukasz Glapka & Tomasz Wolff, Kornel Janczy, Agnieszka Grodzińska, Piotrek Kowalski, Dominik Lejman, Irmina Staś

Zespół kuratorski: Jagna Domżalska & Stach Szabłowski
Produkcja: Emilia Golińska, Marek Rumiński, Mirosław Rybka
Indentyfikacja graficzna: Daniel Szwed / Moonmadness

Specjalne podziękowania dla Jakuba Tarasina

Projekt objęty jest Honorowym Patronatem Krystiana Kinastowskiego Prezydenta Miasta Kalisza. 
 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zyciekalisza.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama