W polskiej debacie o bezpieczeństwie ruchu drogowego wiele mówi się o stanie nawierzchni, fotoradarach, ograniczeniach prędkości czy kulturze jazdy. Znacznie rzadziej porusza się problem, który kierowcy dostrzegają każdego dnia: nadmierną liczbę znaków drogowych, chaotyczne oznakowanie ulic oraz powszechne dublowanie lub wzajemne wykluczanie się komunikatów. Zjawisko to od lat funkcjonuje w publicystyce pod nazwą „znakoza”
Znakoza nie jest wyłącznie estetycznym problemem. To realna wada systemu organizacji ruchu, która może utrudniać kierowcom podejmowanie właściwych decyzji, obniżać skuteczność oznakowania i paradoksalnie zmniejszać bezpieczeństwo na drogach.
Las znaków zamiast informacji
Podstawowym zadaniem znaków drogowych jest przekazywanie kierowcy jasnych i jednoznacznych informacji. Tymczasem na wielu polskich ulicach słupy uginają się pod ciężarem kolejnych tablic.
Przed przejściem dla pieszych można spotkać jednocześnie ograniczenie prędkości, znak ostrzegający o przejściu, znak informujący o progu zwalniającym, znak strefy zamieszkania, tabliczkę dotyczącą monitoringu, oznaczenie drogi rowerowej oraz kilka reklam lub informacji lokalnych. Wszystko to znajduje się często w polu widzenia kierowcy w tym samym czasie.
Efekt jest odwrotny od zamierzonego. Człowiek nie jest w stanie równie skutecznie przetwarzać kilkunastu komunikatów jednocześnie. Im więcej znaków pojawia się na krótkim odcinku drogi, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że kierowca zauważy ten naprawdę istotny.
Psychologowie transportu od dawna zwracają uwagę na zjawisko przeciążenia informacyjnego. Nadmiar bodźców powoduje, że część informacji zostaje automatycznie pominięta. W praktyce oznacza to, że kierowca przyzwyczaja się do „szumu znakowego” i zaczyna ignorować kolejne tablice.
Dublowanie oczywistości
Charakterystyczną cechą polskiej znakozy jest zamiłowanie do informowania o rzeczach oczywistych.
Przykładem może być stawianie znaku ograniczenia prędkości do 30 km/h bezpośrednio przed progiem zwalniającym, który sam w sobie wymusza podobną prędkość. Innym przypadkiem jest oznaczanie każdego przejścia dla pieszych dodatkowymi tablicami ostrzegawczymi, mimo że przejście jest doskonale widoczne i odpowiednio oświetlone.
Spotkać można również miejsca, gdzie znak „ustąp pierwszeństwa” występuje razem z linią podporządkowania, dodatkowymi tablicami oraz urządzeniami bezpieczeństwa ruchu. Każdy z tych elementów przekazuje tę samą informację.
W efekcie zarządcy dróg często traktują znaki jako zabezpieczenie przed odpowiedzialnością administracyjną. Jeżeli wydarzy się wypadek, łatwiej wykazać, że „wszystko było oznakowane”. Nikt nie odpowiada natomiast za to, że oznakowanie stało się nieczytelne.
Znaki, które sobie przeczą
Jeszcze większym problemem są sytuacje, w których oznakowanie jest wzajemnie sprzeczne.
W wielu miejscach można spotkać ograniczenia prędkości pozostawione po zakończeniu remontów, znaki zakazu zatrzymywania się stojące obok wyznaczonych miejsc postojowych czy oznaczenia kierunków ruchu niezgodne z aktualnym układem jezdni.
Często spotykanym zjawiskiem są również nakładające się ograniczenia prędkości, których formalne odwołanie jest niejasne dla przeciętnego kierowcy. W rezultacie nawet osoby starające się przestrzegać przepisów mają trudności z ustaleniem, jaka organizacja ruchu rzeczywiście obowiązuje.
Takie przypadki nie wynikają zwykle ze złej woli, lecz z braku systematycznych przeglądów oznakowania. Znaki są dokładane przez kolejne lata, ale rzadko usuwane.
Polska na tle Europy
W wielu krajach Europy Zachodniej od lat realizowana jest filozofia minimalizowania oznakowania. Zakłada ona, że znak powinien pojawić się tylko wtedy, gdy jest rzeczywiście potrzebny.
Szczególnie interesującym przykładem jest Irlandia. Na wielu drogach lokalnych liczba znaków jest znacznie mniejsza niż w Polsce. Kierowca otrzymuje przede wszystkim informacje kluczowe – o pierwszeństwie przejazdu, kierunku jazdy czy szczególnych zagrożeniach.
W irlandzkim podejściu zakłada się, że użytkownik drogi powinien przede wszystkim obserwować otoczenie, a nie nieustannie odczytywać kolejne tablice. Dużą rolę odgrywa także projektowanie infrastruktury. Jeżeli droga przebiega przez teren zabudowany i ma charakter uspokojonej ulicy, jej geometria sama sugeruje niższą prędkość. Nie ma potrzeby przypominania o tym co kilkaset metrów.
Podobne podejście można zaobserwować w Holandii, Danii czy Wielkiej Brytanii. Coraz częściej stosuje się zasadę „self-explaining roads” – dróg samowyjaśniających się. Odpowiednia szerokość pasa ruchu, rodzaj nawierzchni, organizacja przestrzeni czy obecność zieleni mają podpowiadać kierowcy właściwe zachowanie bez konieczności stawiania kolejnych znaków.
Skąd bierze się polska znakoza?
Źródeł problemu jest kilka.
Po pierwsze, przez lata dominowało przekonanie, że każde zagrożenie należy rozwiązać poprzez ustawienie nowego znaku. Gdy dochodziło do kolizji, najprostszą reakcją administracji było dodanie kolejnej tablicy.
Po drugie, odpowiedzialność za organizację ruchu jest rozproszona pomiędzy różne instytucje i szczeble administracji. Brakuje systemowego podejścia do przeglądu oraz usuwania zbędnego oznakowania.
Po trzecie, w polskiej kulturze administracyjnej wciąż silne jest przekonanie, że większa liczba regulacji oznacza większe bezpieczeństwo. Tymczasem w praktyce nadmiar przepisów i znaków często prowadzi do ich ignorowania.
Mniej znaczy więcej
Bezpieczna droga nie jest drogą, na której stoi najwięcej znaków. Jest nią droga czytelna, intuicyjna i przewidywalna.
Ograniczenie zjawiska znakozy nie wymaga rewolucji. Wystarczyłoby regularnie usuwać nieaktualne oznakowanie, unikać dublowania komunikatów oraz projektować przestrzeń w taki sposób, aby sama infrastruktura sugerowała kierowcom właściwe zachowania.
Paradoks polskiego drogownictwa polega na tym, że przez lata starano się zwiększać bezpieczeństwo poprzez stawianie kolejnych znaków. Efektem stał się informacyjny chaos, w którym najważniejsze komunikaty giną w gąszczu mniej istotnych tablic.
Być może nadszedł czas, aby wzorem Irlandii i innych państw Europy Zachodniej uznać, że skuteczne oznakowanie nie polega na liczbie znaków, lecz na ich jakości i czytelności. Na drogach, podobnie jak w wielu innych dziedzinach życia, mniej często oznacza więcej.
Znakoza w Kaliszu
Kalisz nie jest wyjątkiem na motoryzacyjnej mapie Polski. Choć „Życie Kalisza” wielokrotnie zwracało uwagę na nadmiar znaków, niekonsekwencje w oznakowaniu skrzyżowań i ulic, dublujące się lub wykluczające komunikaty, las znaków jak stał tak stoi.
Można wskazać wiele miejsc na kaliskich ulicach i skrzyżowaniach, które toczy „znakoza” ale modelowym przykładem choroby niech będzie skrzyżowanie ulicy Poznańskiej z Wojska Polskiego.
Jadąc ulicą Poznańską w stronę szpitala, przed skrzyżowaniem z Al. Wojska Polskiego widzimy kilka znaków: informację o znaku „stop” za 30 metrów (po co?), trójkąt „ustąp pierwszeństwa przejazdu” (A7), tablicę „koniec drogi z pierwszeństwem” (D2) oraz znak „Stop” (B20).
Logika podpowiada, że co najmniej trzy są zbędne a mianowicie dodatkowa informacja o znaku „Stop”, który jest doskonale widoczny oraz A7 i D2, które znaczą dokładnie to samo – dojeżdżamy do drogi z pierwszeństwem przejazdu, w tym przypadku Al. Wojska Polskiego. A poza tym po co A7 skoro i tak jest „Stop”?
Gdyby przyjąć, że takie oznakowanie jest niezbędne, konieczne, zgodne z sztuką, to oczekiwalibyśmy, że po drugiej stronie – symetrycznie – skrzyżowanie będzie „zdobiła” podobna liczba znaków.
Tymczasem okazuje sie, że kierowców jadących w stronę przeciwną, Poznańską od szpitala do centrum miasta, o sytuacji na skrzyżowaniu informuje tylko jeden znak a mianowicie „Stop”.
Skoro tak to oznacza, że wszystkie pozostałe, które „sterczą” po drugiej stronie skrzyżowania są zbędne! Czyż nie?
Dodajmy, że zarówno po jednej jak i drugiej stronie skrzyżowania, ustawione są znaki informujące o dojeździe do skrzyżowana z sygnalizacją świetlną. Ale czy są konieczne? Bo przecież trudno nie zauważyć działającej sygnalizacji świetlnej...
Oczywiście, omawiane skrzyżowanie nie jest jedynym w mieście „upstrzonym” zbędnym oznakowaniem a jedynie przykładem patologii.
Może najwyższy czas na audyt? (pp)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze